- Do cholery jasnej! Znowu to samo! - wrzasnąłem ze złości, błądząc w
nieskończoność z jednym z korytarzy i powracając wciąż w to samo
miejsce.
Ciągłe chodzenie w kółko doprowadzało mnie do szału tak wielkiego, iż
jedyne o czym teraz marzyłem to zabić kogoś, a potem usadowić szanowne,
bolące dupsko na czymś bardziej miękkim od kamiennej podłogi wyściełającej
podłoże Labiryntu. Zawiązałem jedną z niesfornie latających sznurówek
lewego buta, następnie udałem się w drogę powrotną, starając się
stworzyć w głowie trójwymiarowy obraz pokręconej drogi. Jak ja
nienawidzę labiryntów! Nie jestem żadnym Minotaurem, aby łazić z toporem
i odrąbywać głowę każdemu kogo zobaczą moje szanowne oczy. Wystarczy
już, że musiałem marnować wzrok na obserwowanie tych szaroburych ścian.
Wtem ujrzałem jakiś mały domek, a raczej starą, rozpadającą się stodołę.
Moje mroczne serce na sekundę lub dwie wypełniła ponura radość, która
zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Wbiegłem tam trzema szybkimi
susami, rozglądając się co chwila czy nie nadchodzi niesproszony gość.
Bardzo nie lubiłem kiedy ktoś przeszkadzał mi w zdobywaniu broni. Niemal
natychmiast dostrzegłem pięknego 45 USP Tactical leżącego sobie
spokojnie na malutkim stoliczku. Obok znajdowało się parę naboi,
naliczyłem ich sześć. Kąciki mych ust niemal natychmiast uniosły się ku
górze. Czym prędzej pochwyciłem pistolet, rozglądając się za innymi
perełkami. Na ziemi poniewierał się sztylet i krótszy nóż do rzucania.
Umieściłem ostrza przy pasku, a broń na wszelki wypadek trzymałem w
dłoni. Ostrożnie wystawiłem głowę przez framugę spróchniałych drzwi.
Zauważyłem jak ktoś się zbliża: drobnej budowy, ale poruszająca się z
niesamowitą prędkością osóbka płci żeńskiej. Błyskawicznie wybiegłem z
pomieszczenia i ukryłem się za jedną ze ścian budynku, gotowy rozprawić
się z nieznajomą raz na zawsze. Wreszcie gdy dosłyszałem jej ciche,
ostrożne kroki, z prędkością kobry wyłoniłem się z ukrycia i wycelowałem
ofierze prosto w głowę.
- Nie ruszaj się! - krzyknąłem, nie zważając na resztę ludzi, która i tak pewnie już mnie usłyszała.
Zaskoczona dziewczyna stanęła niczym sparaliżowana, odwracając głowę w
moją stronę w niemal ślimaczym tempie. Widząc charakterystyczną, czarną
rękawicę na mojej lewej ręce, uniosła i swój czarny znak rozpoznawczy
grupy. Bez słowa opuściłem broń, rzucając nieznajomej przepraszające
spojrzenie.
- Myślałem, że to Srebrni. Podobno mają niezłego powera.
- Mnie też miło cię poznać. - powiedziała niemal z wyrzutem.
Miała szkarłatne oczęta wygłodniałego wampira. Malutka, słodka dziewczynka z kruczoczarnymi włosami sięgającymi za pas.
- Mnie również. - uśmiechnąłem się ponuro. - Jestem Vanitas i od dobrych
czterech godzin błądzę po korytarzach. Z daleko nie zdołałem ujrzeć
twojej czarnej opaski.
- Ja mam na imię Shika i cieszę się, że wreszcie odnalazłam kogoś ze swoich.
Jej krwawe ślepia błysnęły czerwonym światłem, a na bladą twarzyczkę
wstąpił chytry uśmieszek. Znaliśmy się zaledwie parę minut, a ja już
zdążyłem polubić tę małą - oczywiście na swój sposób. Wyczuwałem wiele
zła i nienawiści bijącej od ciała niskiego diabełka. Tylko z takimi
ludźmi potrafiłem znaleźć cienką nić porozumienia. Za początek użyczyłem
jej swych dwóch noży: chciałem mieć pewność, żeby czuła się bezpiecznie
w moim towarzystwie i na odwrót. Skoro tu trafiła z pewnością nie była
zbuntowaną nastolatką oglądającą koreańskie dramy.
<Shika?>