Blog zostaje zawieszony do 1 lutego włącznie! Niestety, ale wyjeżdżam na
ferie i nie będę miała jak wstawiać waszych opowiadań na bloga. Mam nadzieję, że w tym czasie Wy również wypoczniecie i wrócicie na bloga jak nowo narodzeni ^^
Jeszcze raz przepraszam za niedogodności i do zobaczenia za ok. tydzień!
piątek, 23 stycznia 2015
Od Leo Cd Birgitty
Ułamałem niewielką gałązkę uwierającą mnie w plecy.
- Już ci mówiłem, nie zamierzam dać wciągnąć się w tą idiotyczną grę i zabijać dla czyjegoś kaprysu. Jeśli ktoś dołączy, z mojej strony nie musisz się niczego obawiać. Oczywiście nie ręczę za innych. - uniosłem głowę, spoglądając w gwiazdy z trudem przedzierające się przez gęstą koronę drzewa.
- A co, jeśli zostaniemy zaatakowani przez innych uczestników? - widać temat ją dręczył.
Przechyliłem ciało w bok, by lepiej widzieć dziewczynę na grubej gałęzi nieco wyżej.
- Zastanawiasz się czy stanę w twojej obronie? Każdy z porwanych chce przeżyć i zapewne wielu zdradzi nawet członków własnej grupy, by dotrwać do końca. Mogę ci jedynie obiecać, że pomogę sprzątnąć ewentualne zagrożenie ze strony innych. Jeśli, jednak ktoś za twoja namową lub ty sama postanowisz mnie zabić, to jako pierwsza przeniesiesz się na lepszy świat. Mam nadzieję, że z twojej strony również mogę liczyć na to samo. - przymknąłem oczy, nasłuchując nocnej ciszy.
Nie wiem, kiedy zasnąłem, nie usłyszawszy odpowiedzi sąsiadki z wyższej gałęzi. Obudziłem się, gdy niebo pojaśniało lekko na wschodzie. Coś było nie tak. Dziwny niepokój zagościł w umyśle jak cień czający się na granicy pola widzenia. Gdzieś blisko gałązka złamała się z cichym trzaskiem pod nieuważną stopą lub łapą. Przeszukałem wzrokiem najbliższą okolicę drzewa na tyle, na ile pozwalały gęsto rosnące liście. Niestety nie zdołałem wypatrzeć tajemniczego intruza. Czułem jedynie, że czai się gdzieś w pobliżu. Powoli rozwiązałem linę wokół tułowia i nóg, pozostawiając przywiązane do pnia plecak z Mirtis i kilkoma niezbędnymi drobiazgami. Ostrożnie uchwyciłem gruby konar nad głową i podciągnąłem się ostrożnie. Zdołałem bezszelestnie przejść na sąsiednią gałąź odchodzącą od pnia zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od tej, na której spała Birgitta. Zasłoniłem dziewczynie usta i instynktownie złapać smukły nadgarstek dzierżący sztylet z ostrzem wymierzonym w moje gardło. Brunetkę również musiał zbudzić tajemniczy szmer. Otworzyła oczy, przeszywając mnie wściekłym spojrzeniem. Ruchem głowy wskazałem wysoką trawę, w której węszył rdzawoszary kotowaty budową ciała przypominający pumę z okazałymi kłami sterczącymi z paszczy jak u tygrysa szablozębnego. Pchlarz najwidoczniej zwęszył nasz trop i zamierzał urządzić sobie śniadanie o świcie. Dziewczyna ruchem oczu dała znać, iż rozumie i powinienem ją puścić. Spodziewałem się w późniejszym terminie nie lada kłótni z powodu nietypowej pobudki. Tak na ogół zachowywały się nastolatki i kobiety, kiedy mijał stres, a mogły przecież od czasu do czasu choć podziękować. Niestety miałem zbyt małe doświadczenie w obchodzeniu się z płcią piękną, więc postanowiłem zachować ostrożność i powrócić na swoją gałąź. Obserwowałem uważnie drapieżnika buszującego w zieleni na dole. Mógłbym go z łatwością ustrzelić, niestety pomimo tłumika ktoś w pobliżu mógł nas usłyszeć.
<Birgitto?>
- Już ci mówiłem, nie zamierzam dać wciągnąć się w tą idiotyczną grę i zabijać dla czyjegoś kaprysu. Jeśli ktoś dołączy, z mojej strony nie musisz się niczego obawiać. Oczywiście nie ręczę za innych. - uniosłem głowę, spoglądając w gwiazdy z trudem przedzierające się przez gęstą koronę drzewa.
- A co, jeśli zostaniemy zaatakowani przez innych uczestników? - widać temat ją dręczył.
Przechyliłem ciało w bok, by lepiej widzieć dziewczynę na grubej gałęzi nieco wyżej.
- Zastanawiasz się czy stanę w twojej obronie? Każdy z porwanych chce przeżyć i zapewne wielu zdradzi nawet członków własnej grupy, by dotrwać do końca. Mogę ci jedynie obiecać, że pomogę sprzątnąć ewentualne zagrożenie ze strony innych. Jeśli, jednak ktoś za twoja namową lub ty sama postanowisz mnie zabić, to jako pierwsza przeniesiesz się na lepszy świat. Mam nadzieję, że z twojej strony również mogę liczyć na to samo. - przymknąłem oczy, nasłuchując nocnej ciszy.
Nie wiem, kiedy zasnąłem, nie usłyszawszy odpowiedzi sąsiadki z wyższej gałęzi. Obudziłem się, gdy niebo pojaśniało lekko na wschodzie. Coś było nie tak. Dziwny niepokój zagościł w umyśle jak cień czający się na granicy pola widzenia. Gdzieś blisko gałązka złamała się z cichym trzaskiem pod nieuważną stopą lub łapą. Przeszukałem wzrokiem najbliższą okolicę drzewa na tyle, na ile pozwalały gęsto rosnące liście. Niestety nie zdołałem wypatrzeć tajemniczego intruza. Czułem jedynie, że czai się gdzieś w pobliżu. Powoli rozwiązałem linę wokół tułowia i nóg, pozostawiając przywiązane do pnia plecak z Mirtis i kilkoma niezbędnymi drobiazgami. Ostrożnie uchwyciłem gruby konar nad głową i podciągnąłem się ostrożnie. Zdołałem bezszelestnie przejść na sąsiednią gałąź odchodzącą od pnia zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od tej, na której spała Birgitta. Zasłoniłem dziewczynie usta i instynktownie złapać smukły nadgarstek dzierżący sztylet z ostrzem wymierzonym w moje gardło. Brunetkę również musiał zbudzić tajemniczy szmer. Otworzyła oczy, przeszywając mnie wściekłym spojrzeniem. Ruchem głowy wskazałem wysoką trawę, w której węszył rdzawoszary kotowaty budową ciała przypominający pumę z okazałymi kłami sterczącymi z paszczy jak u tygrysa szablozębnego. Pchlarz najwidoczniej zwęszył nasz trop i zamierzał urządzić sobie śniadanie o świcie. Dziewczyna ruchem oczu dała znać, iż rozumie i powinienem ją puścić. Spodziewałem się w późniejszym terminie nie lada kłótni z powodu nietypowej pobudki. Tak na ogół zachowywały się nastolatki i kobiety, kiedy mijał stres, a mogły przecież od czasu do czasu choć podziękować. Niestety miałem zbyt małe doświadczenie w obchodzeniu się z płcią piękną, więc postanowiłem zachować ostrożność i powrócić na swoją gałąź. Obserwowałem uważnie drapieżnika buszującego w zieleni na dole. Mógłbym go z łatwością ustrzelić, niestety pomimo tłumika ktoś w pobliżu mógł nas usłyszeć.
<Birgitto?>
środa, 21 stycznia 2015
Od Devin'a CD Ayi
- Żyjesz? - spytałem - Nic ci nie jest?
Dziewczyna była trochę zdenerwowana, a może i nawet przestraszona. Pokiwała głową w odpowiedzi na moje pytanie.
- Devin - przedstawiłem się
- Aya -
Było mi głupio, głównie dlatego, że zapadła cisza. Z jednej strony to dobrze, bo jako jedyni z grupy białych, mieliśmy większą szanse na ucieczkę, ale z drugiej strony... tak dziwne i nienaturalne coś nie mogło się między nami pojawiać, jeśli nie chcieliśmy się pozabijać. Z tego co mówił ten głos, mogliśmy razem wygrać.
- Chyba... jesteśmy na siebie skazani - spróbowałem się uśmiechnąć, co w moim wykonaniu mogło wyglądać strasznie
Nienawidzę się uśmiechać. W ogóle nie lubię okazywać jakichkolwiek uczuć. Szczególnie tych negatywnych.
- Chyba tak - pokiwała głową
I ta przemiła rozmowa na tym stanęła. Dałem sobie spokój. Jeśli nie chce rozmawiać, nie musi. Po części ją rozumiałem. Widać było, że jest zdezorientowana, zupełnie tak jak ja. Dlatego darowałem sobie wypytywanie ją o cel naszego "przybycia" do tajemniczego labiryntu. Minuty mijały, a my dalej staliśmy w tym samym miejscu. Była to jednocześnie najgłupsza i najmądrzejsza rzecz jaką mogliśmy zrobić. Rozejrzałem się. Ani żywej duszy, nie wliczając tych, które mogły czaić się za zakrętem. Aya zaczęła się rozluźniać. Najwidoczniej pierwszy szok zaczął już mijać. Nagle usłyszałem czyjeś kroki. Nasze badziewne buty najwidoczniej nie miały za zadanie nas chronić, tylko podawać nas sobie jak na tacy. Sukinkoty, żeby nie użyć brzydszych słów.
- Musimy stąd iść. Ktoś się zbliża - powiedziałem
- Jest nas dwoje, damy sobie z nim radę - Aya wzruszyła ramionami
Nie chciałem pokazywać, że zabijanie nie leży w mojej naturze. Kurde, ja się denerwuję jak zabiję mrówkę, a co dopiero mowa o żywym, w pełni sprawnym człowieku? Nadal mam wyrzuty sumienia, że skazałem tego chłopaka na śmierć przestrzeliwując mu udo. Przecież z przebitą nogą nie da się uciekać i walczyć! To oczywiste, że leżał tam już martwy.
Pokiwałem głową niezbyt przekonany. Napiąłem mój wielce majestatyczny łuk, ale nie zamierzałem go użyć do zabicia wroga. Najwyżej go spowolnię i zabiorę nas stąd.
< Aya? ._.>
Dziewczyna była trochę zdenerwowana, a może i nawet przestraszona. Pokiwała głową w odpowiedzi na moje pytanie.
- Devin - przedstawiłem się
- Aya -
Było mi głupio, głównie dlatego, że zapadła cisza. Z jednej strony to dobrze, bo jako jedyni z grupy białych, mieliśmy większą szanse na ucieczkę, ale z drugiej strony... tak dziwne i nienaturalne coś nie mogło się między nami pojawiać, jeśli nie chcieliśmy się pozabijać. Z tego co mówił ten głos, mogliśmy razem wygrać.
- Chyba... jesteśmy na siebie skazani - spróbowałem się uśmiechnąć, co w moim wykonaniu mogło wyglądać strasznie
Nienawidzę się uśmiechać. W ogóle nie lubię okazywać jakichkolwiek uczuć. Szczególnie tych negatywnych.
- Chyba tak - pokiwała głową
I ta przemiła rozmowa na tym stanęła. Dałem sobie spokój. Jeśli nie chce rozmawiać, nie musi. Po części ją rozumiałem. Widać było, że jest zdezorientowana, zupełnie tak jak ja. Dlatego darowałem sobie wypytywanie ją o cel naszego "przybycia" do tajemniczego labiryntu. Minuty mijały, a my dalej staliśmy w tym samym miejscu. Była to jednocześnie najgłupsza i najmądrzejsza rzecz jaką mogliśmy zrobić. Rozejrzałem się. Ani żywej duszy, nie wliczając tych, które mogły czaić się za zakrętem. Aya zaczęła się rozluźniać. Najwidoczniej pierwszy szok zaczął już mijać. Nagle usłyszałem czyjeś kroki. Nasze badziewne buty najwidoczniej nie miały za zadanie nas chronić, tylko podawać nas sobie jak na tacy. Sukinkoty, żeby nie użyć brzydszych słów.
- Musimy stąd iść. Ktoś się zbliża - powiedziałem
- Jest nas dwoje, damy sobie z nim radę - Aya wzruszyła ramionami
Nie chciałem pokazywać, że zabijanie nie leży w mojej naturze. Kurde, ja się denerwuję jak zabiję mrówkę, a co dopiero mowa o żywym, w pełni sprawnym człowieku? Nadal mam wyrzuty sumienia, że skazałem tego chłopaka na śmierć przestrzeliwując mu udo. Przecież z przebitą nogą nie da się uciekać i walczyć! To oczywiste, że leżał tam już martwy.
Pokiwałem głową niezbyt przekonany. Napiąłem mój wielce majestatyczny łuk, ale nie zamierzałem go użyć do zabicia wroga. Najwyżej go spowolnię i zabiorę nas stąd.
< Aya? ._.>
sobota, 17 stycznia 2015
Od Ayi CD Devin'a
Idealny czas na ruszenie się z domu. Niestety większość ze
spraw, jakie były do załatwienia w ciągu dnia, będzie musiała przełożyć
na jutro. Obecnie mogła co najwyżej zaspokoić domagający się od rana
żołądek. Taki miała też zamiar. Zamknąwszy drzwi na klucz, zbiegła po
schodach z ostatniego piętra. W międzyczasie dało się słyszeć wiązanki
niewybrednych wyzwisk i towarzyszący temu trzask tłuczonego szkła. Po
tym, jak to było w zwyczaju, odezwał się kobiecy krzyk, by przerodzić
jednostronne obelgi w zaciekłą kłótnię. Sąsiedzi spod czwórki, huh. Cóż,
dzień jak co dzień. Wzruszyła ramionami, bowiem interwencje i tak na nic
się zdawały. Można powiedzieć, że kończyły się nawet większą liczbą
poszkodowanych. Dobrze pamiętała, gdy pewnego razu sama skończyła z
podbitym okiem. Nie licząc już niezwykłych
ilości krwi, sączących się wtedy z nosa i rozciętej wargi. Od tamtego
czasu wolała się nie wtrącać. Tak samo reszta mieszkańców... Zresztą.
Pchnęła drzwi przy wyjściu z klatki i od razu skierowała swoje
kroki w stronę najbliższego całodobowego straganu. Będącego właściwie
jedynym takim, funkcjonującym dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Dobrze, że przynajmniej nie znajdował się na drugim końcu miasta. Sama
myśl o takiej ewentualności, wyrwała z ust dziewczyny zirytowane
prychnięcie. - Wtedy pewnie umarłabym z głodu... - Wyrzekła gdzieś w
przestrzeń, wpatrzona w czerń nocnego nieba. W czasie niespiesznego
marszu, coraz bardziej poczęła odczuwać, że jej obecność jedynie zakłóca
tę wręcz nieskazitelną ciszę. Nawet cichy huk zdawał się tu bardziej na
miejscu. Czekaj... Jaki znów huk? Rozejrzała się, jednak po obu stronach
drogi nie dało się dostrzec ani jednego żywego ducha. Wtem wzrok
jasnowłosej przyciągnęła wąska uliczka pomiędzy dwoma starymi,
kamiennymi budynkami. Nie. Nie, nie, nie. Nawet się nie waż. Ale nogi
jakby same powiodły ją w tamtym kierunku. Wrodzona ciekawość nie dałaby jej przejść obojętnie, toteż już po chwili stała skryta w cieniu
kamienicy, odcięta od światła ulicznych latarni. Nawet gdy oczy w miarę
przywykły do ciemności, wciąż ciężko było cokolwiek dostrzec. Ledwie
zauważalne kontury jakichś nieokreślonych obiektów i ta para czerwonych
ślepi, która jako jedyna była aż nazbyt wyraźna...
***
- M-Moja głowa.. - jęknęła cicho, masując obolały kark. Nim zdołała się rozejrzeć i cokolwiek sobie przypomnieć, usłyszała donośny głos, starszego mężczyzny.
- Jak wszyscy tu obecni wiedzą, że mamy rok 3045. Ludzkości żyje się coraz trudniej. Brak pożywienia, miejsc zamieszkania. Epidemie się szerzą, a z życiem coraz większy kłopot. - głos mówiącego przeniósł się na bardziej szorstki i niższy - Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie ... Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..! - słysząc podkreślenie jednego z ostatnich słów, Aya zacisnęła palce w pięści, wbijając przy tym paznokcie w skórę. Nie chciała reagować w tak emocjonalny sposób lecz w jednej chwili poczuła się jak mokra szmata, którą z całym impetem szorowano właśnie ubłoconą podłogę. Nim się spostrzegła, wszyscy biegli jak opętani w kierunku masywnych drzwi, więc co jej pozostało? Dziewczyna pobiegła jak pozostali, nie oglądając się za siebie...
***
To już chyba kolejna godzina błąkania się po tym labiryncie bez najmniejszego celu. Siedemnastolatka starała się zachować zimną krew i poruszać się jak najciszej. W końcu, kiedyś ten spokój musiał zostać przerwany. Słysząc za plecami jakieś chichoty i ciche szepty, przyspieszyła kroku. Co chwilę spoglądała się za siebie, badając obcy teren. Jeszcze się jej nie śpieszyło na drugą stronę, więc o czujność trzeba zadbać. No właśnie, a propos czujności.. - B-Boli. - mruknęła pod nosem, orientując się po chwili, że leży na ziemi. Wzrokiem zaczęła badać twarz ciemnowłosego, starając się bardziej wtulić w ziemię. Widząc jednak kolor biały na jego ramieniu, uspokoiła się. Podniosła się z zamokniętego chodnika, z całej siły wzbraniając się przed drżeniem całego ciała. Aya wyróżniała się nienagannym wyglądem. Jej jasne, aksamitne włosy podkreślały bladą, delikatną skórę twarzy. Błękit oczu wybijał się spod gęstej grzywki, a kolczyki świeciły od blado świecącego jeszcze słońca.
- D-Dzień dobry.. - powiedziała cicho, korzystając z pomocy chłopaka.
<Devin? Jest supcio XD >
***
- M-Moja głowa.. - jęknęła cicho, masując obolały kark. Nim zdołała się rozejrzeć i cokolwiek sobie przypomnieć, usłyszała donośny głos, starszego mężczyzny.
- Jak wszyscy tu obecni wiedzą, że mamy rok 3045. Ludzkości żyje się coraz trudniej. Brak pożywienia, miejsc zamieszkania. Epidemie się szerzą, a z życiem coraz większy kłopot. - głos mówiącego przeniósł się na bardziej szorstki i niższy - Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie ... Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..! - słysząc podkreślenie jednego z ostatnich słów, Aya zacisnęła palce w pięści, wbijając przy tym paznokcie w skórę. Nie chciała reagować w tak emocjonalny sposób lecz w jednej chwili poczuła się jak mokra szmata, którą z całym impetem szorowano właśnie ubłoconą podłogę. Nim się spostrzegła, wszyscy biegli jak opętani w kierunku masywnych drzwi, więc co jej pozostało? Dziewczyna pobiegła jak pozostali, nie oglądając się za siebie...
***
To już chyba kolejna godzina błąkania się po tym labiryncie bez najmniejszego celu. Siedemnastolatka starała się zachować zimną krew i poruszać się jak najciszej. W końcu, kiedyś ten spokój musiał zostać przerwany. Słysząc za plecami jakieś chichoty i ciche szepty, przyspieszyła kroku. Co chwilę spoglądała się za siebie, badając obcy teren. Jeszcze się jej nie śpieszyło na drugą stronę, więc o czujność trzeba zadbać. No właśnie, a propos czujności.. - B-Boli. - mruknęła pod nosem, orientując się po chwili, że leży na ziemi. Wzrokiem zaczęła badać twarz ciemnowłosego, starając się bardziej wtulić w ziemię. Widząc jednak kolor biały na jego ramieniu, uspokoiła się. Podniosła się z zamokniętego chodnika, z całej siły wzbraniając się przed drżeniem całego ciała. Aya wyróżniała się nienagannym wyglądem. Jej jasne, aksamitne włosy podkreślały bladą, delikatną skórę twarzy. Błękit oczu wybijał się spod gęstej grzywki, a kolczyki świeciły od blado świecącego jeszcze słońca.
- D-Dzień dobry.. - powiedziała cicho, korzystając z pomocy chłopaka.
<Devin? Jest supcio XD >
Od Devin'a
Jesień, roku 3045.
Jedyne, co pamiętam to przerażająco mocny ból, hamujący wszystkie moje zmysły. Nie czułem nic prócz niego. A potem nastała już tylko ciemność.
Obudziłem się na dziwnej kamiennej podłodze, dawno już zniszczonej przez czas. Nieopodal mnie stało wielu podobnych do mnie, zagubionych i przestraszonych dzieciaków w kombinezonach w różnych kolorach. Spojrzałem na siebie. Miałem biały kombinezon i przepaskę w tym samym kolorze. Znów zilustrowałem wzrokiem wszystkich obecnych. Tylko jedna osoba miała taki sam. Już miałem do niej iść, jak debil sądząc, ze może coś wiedzieć, lecz coś innego przykuło moja uwage. I to nie tylko moja. Każdy dzieciak zaczął się rozglądać, gdy czyjś przerażająco głośny głos rozległ się po całym korytarzu.
- Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..!
Cel tej gry był aż zbyt oczywisty. Mieliśmy się po prostu pozabijać. Co to ma być, Igrzyska Śmierci? Po twarzy każdego z obecnych przebieg cień. Większość była przerażona, ale dało się dostrzec kilka usatysfakcjonowanych spojrzen i uśmiechów. Jak można cieszyć się, ze będzie można kogos zabić?
- Zaczynacie za trzy...
Spojrzałem w stronę dziewczyny w białym kombinezonie. Sojusznicy...? O nie...
- Dwa
Najspokojniej jak się dało poszedłem w jej kierunku. Nie wiem czy była przestraszona, czy nie ponieważ stała tyłem.
- Jeden. Wejdzie do labiryntu. Milej zabawy...
O ironio. A żebyś wiedział sukinkocie, ze bede się dobrze bawił.
Gdy tylko zabrzmiał dźwięk podobny do szkolnego dzwonka, wszystcy zaczęli wbiegac do labiryntu. Dziewczyna także. Cholerkie. Dlaczego życie musi byc takie skomplikowane? Tak więc i ja skierowałem się do wejścia labiryntu, jednak szedłem spokojnym i opanowanym krokiem. Najwazniejsze, to zachować spokój i trzeźwość umysłu. Skoro inni nie potrafią tego robić, będą padać jak muchy.
Ale jak mamy się mordowac? Gołymin rekoma? Dusić? Wyrywać cegły z muru i rozważać sobie nimi glowy?
Odpowiedź przyszła szybciej niż sie spodziewałem. Tuż przede mną spadło białe zawiniatko. Wziąłem je i zacząłem odwijac papier. W środku był piękny, duzy i matematycznie wyglądający łuk i piec strzał. To za mało. Ale dzięki.
Napiąłem cieciwę. Nada się. Przede mną przebiegł chłopak z małym sztylecikiem w ręku. Cofnął się jednak i spojrzał na mnie. Na jego twarzy zawitał uśmiech. Nie chciałem go zabijać. Napiąlem cieciwe i strzeliłem mu w udo, aby go unieruchomic i zacząłem uciekać. Przebiegłem obok kilku filarów i zakręcilem kilka razy. Oczywiste było, ze w koncu na kogoś wpadnę.
Zbierając się z kamiennej podłogi spojrzałem na osobę z która się zderzyłem.
Biała dziewczyna.
- Cześć - powiedzialem tonem wypranym z jakichkolwiek uczuć co było dla mnie normą. Nigdy nie okazywalem emocji.
Podałem dziewczynie rękę aby pomóc jej wstać.
< Aya? Wybacz że króciutko C: >
Jedyne, co pamiętam to przerażająco mocny ból, hamujący wszystkie moje zmysły. Nie czułem nic prócz niego. A potem nastała już tylko ciemność.
Obudziłem się na dziwnej kamiennej podłodze, dawno już zniszczonej przez czas. Nieopodal mnie stało wielu podobnych do mnie, zagubionych i przestraszonych dzieciaków w kombinezonach w różnych kolorach. Spojrzałem na siebie. Miałem biały kombinezon i przepaskę w tym samym kolorze. Znów zilustrowałem wzrokiem wszystkich obecnych. Tylko jedna osoba miała taki sam. Już miałem do niej iść, jak debil sądząc, ze może coś wiedzieć, lecz coś innego przykuło moja uwage. I to nie tylko moja. Każdy dzieciak zaczął się rozglądać, gdy czyjś przerażająco głośny głos rozległ się po całym korytarzu.
- Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..!
Cel tej gry był aż zbyt oczywisty. Mieliśmy się po prostu pozabijać. Co to ma być, Igrzyska Śmierci? Po twarzy każdego z obecnych przebieg cień. Większość była przerażona, ale dało się dostrzec kilka usatysfakcjonowanych spojrzen i uśmiechów. Jak można cieszyć się, ze będzie można kogos zabić?
- Zaczynacie za trzy...
Spojrzałem w stronę dziewczyny w białym kombinezonie. Sojusznicy...? O nie...
- Dwa
Najspokojniej jak się dało poszedłem w jej kierunku. Nie wiem czy była przestraszona, czy nie ponieważ stała tyłem.
- Jeden. Wejdzie do labiryntu. Milej zabawy...
O ironio. A żebyś wiedział sukinkocie, ze bede się dobrze bawił.
Gdy tylko zabrzmiał dźwięk podobny do szkolnego dzwonka, wszystcy zaczęli wbiegac do labiryntu. Dziewczyna także. Cholerkie. Dlaczego życie musi byc takie skomplikowane? Tak więc i ja skierowałem się do wejścia labiryntu, jednak szedłem spokojnym i opanowanym krokiem. Najwazniejsze, to zachować spokój i trzeźwość umysłu. Skoro inni nie potrafią tego robić, będą padać jak muchy.
Ale jak mamy się mordowac? Gołymin rekoma? Dusić? Wyrywać cegły z muru i rozważać sobie nimi glowy?
Odpowiedź przyszła szybciej niż sie spodziewałem. Tuż przede mną spadło białe zawiniatko. Wziąłem je i zacząłem odwijac papier. W środku był piękny, duzy i matematycznie wyglądający łuk i piec strzał. To za mało. Ale dzięki.
Napiąłem cieciwę. Nada się. Przede mną przebiegł chłopak z małym sztylecikiem w ręku. Cofnął się jednak i spojrzał na mnie. Na jego twarzy zawitał uśmiech. Nie chciałem go zabijać. Napiąlem cieciwe i strzeliłem mu w udo, aby go unieruchomic i zacząłem uciekać. Przebiegłem obok kilku filarów i zakręcilem kilka razy. Oczywiste było, ze w koncu na kogoś wpadnę.
Zbierając się z kamiennej podłogi spojrzałem na osobę z która się zderzyłem.
Biała dziewczyna.
- Cześć - powiedzialem tonem wypranym z jakichkolwiek uczuć co było dla mnie normą. Nigdy nie okazywalem emocji.
Podałem dziewczynie rękę aby pomóc jej wstać.
< Aya? Wybacz że króciutko C: >
piątek, 16 stycznia 2015
Od Vanitas'a CD Shiki
Obudziłem się wraz z nadejściem zmierzchu. Pomyślałem, że to idealna pora za ruszenie dalej, bowiem w nocy raczej niewiele osób z innych grup odważy się stawić czoła śmiertelnej dżungli bądź niezbadanym jaskiniom. Wyprostowałem zesztywniałe od spania na siedząco kończyny i podnosząc się leniwie, przeczesałem włosy ręką. Rozejrzałem się dookoła, zastając wszystko w nienaruszonym stanie. Brakowało tylko jednego: mojej towarzyszki! Kiedy uświadomiłem sobie, że zniknęła, że może być gdzieś na zewnątrz całkiem sama aż zamarłem z przerażenia. Tutaj miałem jedynie ją, nie mogłem jej stracić już drugiego dnia, to byłoby co najmniej głupie. To właśnie był moment, kiedy odzywały się we mnie śladowe ilości ludzkiego usposobienia. Na podłodze zauważyłem sztylet, ale drugiego noża brakowało. Skoro go nie zabrała z pewnością musiała mnie zostawić samego. A może coś ją porwało? Wszystkiego się trzeba było domyślać, normalnie jeszcze trochę a przekształce się w detektywa! Miałem do wyboru iść samotnie lub wyruszyć na poszukiwanie Shiki. Prawie wszystko przemawiało przeze mnie, aby olać tę dziewczynę i ratować samego siebie. Z drugiej strony jednak bez pomocnika nie miałem zbytnich szans w obliczu większego zagrożenia jak np. inni "gracze". Będąc jeszcze dosyć pożądnie zamyślonym, niechętnie przekroczyłem próg domku. Niebo mieniło się barwami ostrej pomarańczy przechodzącej w siną purpurę, a zachodzące słońce mocno raziło w oczy. Nagle nieznany, leżący w trawie przedmiot zwrócił mą uwagę. Bijące nań promienie zdradziło pozycję ostrza. Podniosłem je czym prędzej i niemal natychmiast rozpoznałem swoją własność. Teraz byłem prawie pewien, że coś porwało małego diabełka.
- Oh, my... świetnie się zapowiada. - westchnąłem, szykując się do długich poszukiwań.
Miałem w zamiarze przeszukać całą okolicę. Wiedziałem, że nie spocznę dopóki nie znajdę Shiki.
""Gdybym tylko wiedział, że zostawiła mnie na pewną śmierć ze względu na Gorgorna, nigdy w życiu nawet nie pomyślałbym o tym, aby ją ratować w jakikolwiek sposób...""
***
Było już grubo po północy, a mnie wciąż nie udało się jej znaleźć. Próbowałem już wszystkiego: wołałem, wrzeszczałem, zaglądałem w każdą szczelinę. Wszystko na nic...
Shiki przepadła jak kamień w wodę. Mimo, że mało mnie obchodziło kim jest ten cały potwór o którym opowiadała mi dziewczyna, to wciąż jakaś część mnie pragnęła zaspokoić swą ciekawość. Nawet nie wiem, kiedy przyśpieszyłem kroku, starając się robić jak najmniej hałasu. Czas był dla mnie kluczową rzeczą: wiedziałem, że im dłużej zwlekam z poszukiwaniami tym większe prawdopodobienstwo tego, że diabełka po prostu coś pożarło. Myśl o tym sprawiała, że mój kark przelatywał obcy jak do tej pory, silny dreszcz. Zapewne było to spowodowane strachem o zostanie samemu w tym Labiryncie. Tak bardzo tego nie chciałem! Rzadko kiedy coś wywoływało u mnie większe emocje, nie poznawałem sam siebie. Co się ze mną dzieje do cholery ?! Drżącymi od zimna rękoma naładowałem pistolet.
Śmierć była tak naprawde jedyną rzeczą, której się bałem.
Nieznośne pragnienie doprowadziło mnie wprost nad jeziora i sadzawki: mówiąc prościej znalazłem się na bagnach. Wsadziłem łeb do pierwszego lepszego źródła wody, skutecznie ugaszając suchość w gardle. Na me oblicze wstąpiła nieopisana ulga, od razu nabrałem nowych sił. Nagle coś zatrzeszczało w krzakach idealnie za moimi plecami. Odwróciłem się, by po chwili dostrzec olbrzymiego płaza o dwóch językach, z oczami skierowanymi prosto na mnie. Dźwięk jaki wydawał z siebie ogromny potwór nawet w najmniejszym stopniu nie przypominał kumkania, lecz piekelny jazgot samego szatana. Dlaczego ja zawsze musiałem mieć takiego pecha? W tej sytuacji żelastwo jakim dysponowałem mogło służyć najwyżej za wykałaczkę dla Rohana. Bez większego namysłu wskoczyłem do jednej z sadzawek, starając się nie poruszać. Olbrzym mącił wodę swoimi dwoma, potężnymi językami. Miał świadomość tego, że kiedyś będę musiał się wynurzyć. Przeklnąłem w myślach. A więc tak zginę?
Niespodziewanie potwór zaprzestał dalszego poszukiwania, po czym odszedł. Odczekałem jeszcze dziesięć sekund, a następnie wynurzyłem się z namysłem nabrania świeżego powietrza. Dostrzegłem, że uwagę wielkiego żabola zwróciła sylwetka małej dziewczynki, zanurzonej całkowicie w wodzie, która krzyknęła w przerażenia. Niemal natychmiast rozpoznałem tę bladą twarzyczkę, pędem wybiegłem ze swej kryjówki. Zamachnąłem się i z całej siły wytrzeliłem nóż w kierunku głowy. Chciałem jakoś odwlec płaza od swojej odnalezionej towarzyszki. Spojrzałem prosto w oczy żabola, a ten stanął nieruchomo jak sparaliżowany wzrokiem bazyliszka. Nim chowaniec zdążył się zorientować, podbiegłem do niego z prędkością pocisku, przecinając brzuch i prawą nogę, ale ze względu na grubą warstwę śluzu oblegającą ciało potwora, nie zdołałem wbić się na tyl głęboko aby uniemożliwić szkaradzie poruszanie się.
- Uciekaj! Teraz! - krzyknąłem skupiając się całkowicie na przeciwniku.
Najdziwniejszym było, że nie odczuwałem choćby nutki strachu z powodu potwora. To właśnie lęk przed pokonywaniem Labiryntu Śmierci pozwolił mi dojść aż tutaj, nie zważając na to co może się stać. Shiki korzystając z okazji, z trudnością wygramoliła się z pułapki. Odetchnąłem z ulgą, ale zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, obok dziewczyny jakby z nikąd pojawiło się większe od Rohana, stworzenie przypominające naszpikowanego kolcami, żelaznego smoka. Potwór ryknął przeraźliwie, wprawiając ziemię w lekkie drgania. Zanim zdążyłem otworzyć usta ze zdziwienia, potężne uderzenie żabola zwaliło mnie z nóg. Pamiętam tylko, że przywaliłem głową w skałę. A potem zapadła ciemność...
<Shiki? Uratujesz mnie czy umarłem? xd>
- Oh, my... świetnie się zapowiada. - westchnąłem, szykując się do długich poszukiwań.
Miałem w zamiarze przeszukać całą okolicę. Wiedziałem, że nie spocznę dopóki nie znajdę Shiki.
""Gdybym tylko wiedział, że zostawiła mnie na pewną śmierć ze względu na Gorgorna, nigdy w życiu nawet nie pomyślałbym o tym, aby ją ratować w jakikolwiek sposób...""
***
Było już grubo po północy, a mnie wciąż nie udało się jej znaleźć. Próbowałem już wszystkiego: wołałem, wrzeszczałem, zaglądałem w każdą szczelinę. Wszystko na nic...
Shiki przepadła jak kamień w wodę. Mimo, że mało mnie obchodziło kim jest ten cały potwór o którym opowiadała mi dziewczyna, to wciąż jakaś część mnie pragnęła zaspokoić swą ciekawość. Nawet nie wiem, kiedy przyśpieszyłem kroku, starając się robić jak najmniej hałasu. Czas był dla mnie kluczową rzeczą: wiedziałem, że im dłużej zwlekam z poszukiwaniami tym większe prawdopodobienstwo tego, że diabełka po prostu coś pożarło. Myśl o tym sprawiała, że mój kark przelatywał obcy jak do tej pory, silny dreszcz. Zapewne było to spowodowane strachem o zostanie samemu w tym Labiryncie. Tak bardzo tego nie chciałem! Rzadko kiedy coś wywoływało u mnie większe emocje, nie poznawałem sam siebie. Co się ze mną dzieje do cholery ?! Drżącymi od zimna rękoma naładowałem pistolet.
Śmierć była tak naprawde jedyną rzeczą, której się bałem.
Nieznośne pragnienie doprowadziło mnie wprost nad jeziora i sadzawki: mówiąc prościej znalazłem się na bagnach. Wsadziłem łeb do pierwszego lepszego źródła wody, skutecznie ugaszając suchość w gardle. Na me oblicze wstąpiła nieopisana ulga, od razu nabrałem nowych sił. Nagle coś zatrzeszczało w krzakach idealnie za moimi plecami. Odwróciłem się, by po chwili dostrzec olbrzymiego płaza o dwóch językach, z oczami skierowanymi prosto na mnie. Dźwięk jaki wydawał z siebie ogromny potwór nawet w najmniejszym stopniu nie przypominał kumkania, lecz piekelny jazgot samego szatana. Dlaczego ja zawsze musiałem mieć takiego pecha? W tej sytuacji żelastwo jakim dysponowałem mogło służyć najwyżej za wykałaczkę dla Rohana. Bez większego namysłu wskoczyłem do jednej z sadzawek, starając się nie poruszać. Olbrzym mącił wodę swoimi dwoma, potężnymi językami. Miał świadomość tego, że kiedyś będę musiał się wynurzyć. Przeklnąłem w myślach. A więc tak zginę?
Niespodziewanie potwór zaprzestał dalszego poszukiwania, po czym odszedł. Odczekałem jeszcze dziesięć sekund, a następnie wynurzyłem się z namysłem nabrania świeżego powietrza. Dostrzegłem, że uwagę wielkiego żabola zwróciła sylwetka małej dziewczynki, zanurzonej całkowicie w wodzie, która krzyknęła w przerażenia. Niemal natychmiast rozpoznałem tę bladą twarzyczkę, pędem wybiegłem ze swej kryjówki. Zamachnąłem się i z całej siły wytrzeliłem nóż w kierunku głowy. Chciałem jakoś odwlec płaza od swojej odnalezionej towarzyszki. Spojrzałem prosto w oczy żabola, a ten stanął nieruchomo jak sparaliżowany wzrokiem bazyliszka. Nim chowaniec zdążył się zorientować, podbiegłem do niego z prędkością pocisku, przecinając brzuch i prawą nogę, ale ze względu na grubą warstwę śluzu oblegającą ciało potwora, nie zdołałem wbić się na tyl głęboko aby uniemożliwić szkaradzie poruszanie się.
- Uciekaj! Teraz! - krzyknąłem skupiając się całkowicie na przeciwniku.
Najdziwniejszym było, że nie odczuwałem choćby nutki strachu z powodu potwora. To właśnie lęk przed pokonywaniem Labiryntu Śmierci pozwolił mi dojść aż tutaj, nie zważając na to co może się stać. Shiki korzystając z okazji, z trudnością wygramoliła się z pułapki. Odetchnąłem z ulgą, ale zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, obok dziewczyny jakby z nikąd pojawiło się większe od Rohana, stworzenie przypominające naszpikowanego kolcami, żelaznego smoka. Potwór ryknął przeraźliwie, wprawiając ziemię w lekkie drgania. Zanim zdążyłem otworzyć usta ze zdziwienia, potężne uderzenie żabola zwaliło mnie z nóg. Pamiętam tylko, że przywaliłem głową w skałę. A potem zapadła ciemność...
<Shiki? Uratujesz mnie czy umarłem? xd>
Od Shiki CD Vanitas'a
Wyciągnęłam spod bluzy, niewielką, zakrwawioną świeczkę i wyprostowałam trzęsącymi się z zimna palcami, szary knot.
- Gorgorn nie jest człowiekiem - powiedziałam krótko i zwięźle.
Szczerze, nie chciałam o nim mówić. Podopieczni sierocińca często się ze mnie śmiali i uważali za głupca, gdyż opowiadałam niesamowite historie o smokopodobnym zwierzęciu, które zamiast oczu ma pięć receptorów słuchowych.
- W takim razie czym "on" jest?
- Czymś... - wyszeptałam, po czym ścisnęłam mocno pudełko po zapałkach.- Czymś dziwnym. - stanęłam na palcach i wyciągnęłam ręce do góry.- Jest bardzo wysoki, zamiast skóry ma pancerz, przypominający taki jaki nosi na swoim grzebiecie żółw. Ma długie kończyny i ostre pazury, przypominające brzytwę. Z tyłu głowy ma taką wypukłość, usianą kolcami, dzięki temu wydaje głośne ryki. Nie ma oczu, a jego pysk zdobi rząd ostrych zębów. Ciało Gorgorna, kończy się długim, silnym ogonem, zakończonym czymś w rodzaju ostrza włóczni.
Chłopak popatrzył się na mnie ze zdziwieniem.
- Gdzie ty takie stworzenie widziałaś!? - wydał z siebie, niski pomruk, a mi od razu się to nie spodobało.
- Jak mi się będzie chciało, to ci go pokażę... - syknęłam oschłym tonem i usiadłam z powrotem na ziemi, opierając plecy i głowę o twardy parapet.
- Jak uważasz - odpowiedział Vanitas, uśmiechając się lekko.- Stanę teraz na warcie i w razie czego cię obudzę..
- Nie kłopocz się - wstałam i podniosłam z ziemi nóż.- Jak już zasnę, to mnie nie będziesz w stanie obudzić. Nie lubię spać, pierwsza będę strzegła tego domu.
- Ale..
- Nie ma ale. Będzie tak jak powiedziałam i koniec - zaczęłam wymachiwać nożem.
Widziałam, że przez swój kompleks niższego wzrostu wychodzę na małe dziecko, bawiące się ostrym przedmiotem. W głowie natłoczyły mi się różne dosyć dziwne myśli, jedna z nich mówiła dosyć głośno i odbijała się echem takie zdanie jak "O nie Shiki, zaraz się skaleczy! Shiki odstaw, kochanie ten nóż, jest niebezpieczny! Pokroję ci te gałki oczne..."
***
Czułam jak chłód wdziera mi swoje brudne ręce pod ubranie, paraliżując swym urokiem całe ciało. Mokra koszulka, stała się bardziej sztywna, dlatego co jakiś czas musiałam wiercić się w miejscu, by nie przywarła na dobre do ciała. Ścisnęłam w dłoniach nóż, czując jak jego rączka wbija mi się w palce. Owa broń nie była moją wymarzoną, co ujawniło się podczas ataku wilkora. Gdybym posiadała katanę, posiekałabym jednym cięciem owego zmutowanego wilczka.
- Spokojnie, na pewno gdzieś z tych domów czeka na ciebie, leżąc na stole, owy miecz zwany Shusui (Czysta Jesienna Woda). Jestem tego w stu procentach pewna.
Poczułam nagły przypływ siły wiatru i natychmiast zerwałam się z chłodnej ziemi. Szelest liści, obudził mnie ze stanu melancholii, tylko dlatego bym ujrzała czyiś cień w odmętach lampy, która świeciła się kilkanaście metrów przede mną. Moje ciało ogarnęła fala wahania - iść, upewnić się i zabić czy zostać, grzecznie, czekać.
Cień zniknął po chwili, kiedy usłyszałam ryk dobiegający z głębi lasu naprzeciwko domku.
- To Gorgorn - oczy zaszkliły mi się.
Jakby zahipnotyzowana ruszyłam w kierunku skąd dobiegał królewski głos mojego "przyjaciela".
- Skoro już cię odnalazłam, chłopak nie będzie mi potrzebny - wyszeptałam i rzuciłam nóż w stronę progu drzwi, z cichym trzaskiem uderzył o ścianę i upadł płasko na trawę.
Zaczęłam biec w stronę lasu, kilka razy się oglądając, jakbym nie chciała czegoś zapomnieć. Zwolniłam będąc na polanie tuż przed lasem. Woda napłynęła mi do butów, a ja wzdrygnęłam się. Nie umiałam pływać. Gdy tylko czułam wodę pod stopami, moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Powoli ruszyłam, przez bagna. nagle poczułam jak coś ciągnie mnie za kostkę. Spojrzałam w bok by ujrzeć tylko niewyraźny zarys sylwetki zmutowanego chowańca. Stworzenie, wydawało dziwne dźwięki przypominające odgłos skrzypienia butów pod mokrym żwirem. Na jego śliskim ciele odbijało się światło latarni. Uni0osłam nogę i przygwoździłam łeb stworzenia do ziemi, słysząc głośny pisk. Coś uniosło mnie do góry i zawisłam głową w dół.
- ROHAN! - wykrzyknęłam przestraszonym głosem, próbując jakoś wyjść z pułapki.
Rohan był jednym ze stworzeń głównych, tak samo jak Gorgorn. Cały labirynt dzielił się na trzy części; miasto, rzeki i jeziora oraz las i jaskinie. Ogromna żaba (Rohan) o dwóch językach i dziesięciu oczach zajmowała część labiryntu rzek i jezior, podczas gdy Gorgorn królował w leśnych odstępach i jaskiniach. Moja broń przepadła, więc nie pozostawało mi nic innego jak ugryzienie wielkiego potwora w język. Wbiłam swoje zęby w jego śliski język, czując wstręt i obrzydzenie. Rohan uderzył moim ciałem o ziemię i podrzucił je do góry, wymachując sparaliżowanym językiem. Uderzyłam bezwładnie w taflę wodę, okolicznego jeziora. Woda sięgała mi do podbródka, a ja ledwie powstrzymując się od krzyku rozpaczy chwyciłam się wystającego korzenia drzewa, który mieścił się między lewym, a prawem brzegiem koryta.
- Kurde... - złapałam się za głowę, wbijając stopę w wystającą część drzewa.
Tak bardzo pragnęłam stąd iść. Tak bardzo boję się wody.
- Gdzie jesteś Gorgornie, kiedy cię potrzebuję? - powiedziałam cicho, zamykając oczy, by nie widzieć głębi wody, która mnie otaczała.
Rohan uciekł po tym jak usłyszał ryk smokopodobnego stwora.
- Nie chcę niczyjej pomocy... Dam sobie radę sama! - syknęłam widząc zarys rybiej sylwetki pod wodą.
< Venitas? Sorki, że tak długo - szkoła ;-; >
- Gorgorn nie jest człowiekiem - powiedziałam krótko i zwięźle.
Szczerze, nie chciałam o nim mówić. Podopieczni sierocińca często się ze mnie śmiali i uważali za głupca, gdyż opowiadałam niesamowite historie o smokopodobnym zwierzęciu, które zamiast oczu ma pięć receptorów słuchowych.
- W takim razie czym "on" jest?
- Czymś... - wyszeptałam, po czym ścisnęłam mocno pudełko po zapałkach.- Czymś dziwnym. - stanęłam na palcach i wyciągnęłam ręce do góry.- Jest bardzo wysoki, zamiast skóry ma pancerz, przypominający taki jaki nosi na swoim grzebiecie żółw. Ma długie kończyny i ostre pazury, przypominające brzytwę. Z tyłu głowy ma taką wypukłość, usianą kolcami, dzięki temu wydaje głośne ryki. Nie ma oczu, a jego pysk zdobi rząd ostrych zębów. Ciało Gorgorna, kończy się długim, silnym ogonem, zakończonym czymś w rodzaju ostrza włóczni.
Chłopak popatrzył się na mnie ze zdziwieniem.
- Gdzie ty takie stworzenie widziałaś!? - wydał z siebie, niski pomruk, a mi od razu się to nie spodobało.
- Jak mi się będzie chciało, to ci go pokażę... - syknęłam oschłym tonem i usiadłam z powrotem na ziemi, opierając plecy i głowę o twardy parapet.
- Jak uważasz - odpowiedział Vanitas, uśmiechając się lekko.- Stanę teraz na warcie i w razie czego cię obudzę..
- Nie kłopocz się - wstałam i podniosłam z ziemi nóż.- Jak już zasnę, to mnie nie będziesz w stanie obudzić. Nie lubię spać, pierwsza będę strzegła tego domu.
- Ale..
- Nie ma ale. Będzie tak jak powiedziałam i koniec - zaczęłam wymachiwać nożem.
Widziałam, że przez swój kompleks niższego wzrostu wychodzę na małe dziecko, bawiące się ostrym przedmiotem. W głowie natłoczyły mi się różne dosyć dziwne myśli, jedna z nich mówiła dosyć głośno i odbijała się echem takie zdanie jak "O nie Shiki, zaraz się skaleczy! Shiki odstaw, kochanie ten nóż, jest niebezpieczny! Pokroję ci te gałki oczne..."
***
Czułam jak chłód wdziera mi swoje brudne ręce pod ubranie, paraliżując swym urokiem całe ciało. Mokra koszulka, stała się bardziej sztywna, dlatego co jakiś czas musiałam wiercić się w miejscu, by nie przywarła na dobre do ciała. Ścisnęłam w dłoniach nóż, czując jak jego rączka wbija mi się w palce. Owa broń nie była moją wymarzoną, co ujawniło się podczas ataku wilkora. Gdybym posiadała katanę, posiekałabym jednym cięciem owego zmutowanego wilczka.
- Spokojnie, na pewno gdzieś z tych domów czeka na ciebie, leżąc na stole, owy miecz zwany Shusui (Czysta Jesienna Woda). Jestem tego w stu procentach pewna.
Poczułam nagły przypływ siły wiatru i natychmiast zerwałam się z chłodnej ziemi. Szelest liści, obudził mnie ze stanu melancholii, tylko dlatego bym ujrzała czyiś cień w odmętach lampy, która świeciła się kilkanaście metrów przede mną. Moje ciało ogarnęła fala wahania - iść, upewnić się i zabić czy zostać, grzecznie, czekać.
Cień zniknął po chwili, kiedy usłyszałam ryk dobiegający z głębi lasu naprzeciwko domku.
- To Gorgorn - oczy zaszkliły mi się.
Jakby zahipnotyzowana ruszyłam w kierunku skąd dobiegał królewski głos mojego "przyjaciela".
- Skoro już cię odnalazłam, chłopak nie będzie mi potrzebny - wyszeptałam i rzuciłam nóż w stronę progu drzwi, z cichym trzaskiem uderzył o ścianę i upadł płasko na trawę.
Zaczęłam biec w stronę lasu, kilka razy się oglądając, jakbym nie chciała czegoś zapomnieć. Zwolniłam będąc na polanie tuż przed lasem. Woda napłynęła mi do butów, a ja wzdrygnęłam się. Nie umiałam pływać. Gdy tylko czułam wodę pod stopami, moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Powoli ruszyłam, przez bagna. nagle poczułam jak coś ciągnie mnie za kostkę. Spojrzałam w bok by ujrzeć tylko niewyraźny zarys sylwetki zmutowanego chowańca. Stworzenie, wydawało dziwne dźwięki przypominające odgłos skrzypienia butów pod mokrym żwirem. Na jego śliskim ciele odbijało się światło latarni. Uni0osłam nogę i przygwoździłam łeb stworzenia do ziemi, słysząc głośny pisk. Coś uniosło mnie do góry i zawisłam głową w dół.
- ROHAN! - wykrzyknęłam przestraszonym głosem, próbując jakoś wyjść z pułapki.
Rohan był jednym ze stworzeń głównych, tak samo jak Gorgorn. Cały labirynt dzielił się na trzy części; miasto, rzeki i jeziora oraz las i jaskinie. Ogromna żaba (Rohan) o dwóch językach i dziesięciu oczach zajmowała część labiryntu rzek i jezior, podczas gdy Gorgorn królował w leśnych odstępach i jaskiniach. Moja broń przepadła, więc nie pozostawało mi nic innego jak ugryzienie wielkiego potwora w język. Wbiłam swoje zęby w jego śliski język, czując wstręt i obrzydzenie. Rohan uderzył moim ciałem o ziemię i podrzucił je do góry, wymachując sparaliżowanym językiem. Uderzyłam bezwładnie w taflę wodę, okolicznego jeziora. Woda sięgała mi do podbródka, a ja ledwie powstrzymując się od krzyku rozpaczy chwyciłam się wystającego korzenia drzewa, który mieścił się między lewym, a prawem brzegiem koryta.
- Kurde... - złapałam się za głowę, wbijając stopę w wystającą część drzewa.
Tak bardzo pragnęłam stąd iść. Tak bardzo boję się wody.
- Gdzie jesteś Gorgornie, kiedy cię potrzebuję? - powiedziałam cicho, zamykając oczy, by nie widzieć głębi wody, która mnie otaczała.
Rohan uciekł po tym jak usłyszał ryk smokopodobnego stwora.
- Nie chcę niczyjej pomocy... Dam sobie radę sama! - syknęłam widząc zarys rybiej sylwetki pod wodą.
< Venitas? Sorki, że tak długo - szkoła ;-; >
Nowa Biel: Devin Dare!
Dane Podstawowe
→Imię: Devin→Nazwisko: Dare
→Wiek: 18 lat
→Płeć: Mężczyzna
→Orientacja: Heteroseksualny
→Data Urodzenia: 16 marca
→Grupa Krwi: 0Rh-→Umiejętności: Niezwykła inteligencja, spryt i przebiegłość; perfekcyjnie opanowana umiejętność strzelania z łuku; umiejętność "czytania z twarzy". →Historia: - Aparacja
→Wzrost: 178 cm
→Waga: 64 kg
→Kolor Włosów: Czarny
→Kolor Oczu: Czarne/Czerwone
→Znaki szczególne: Tatuaż na plecach w kształcie skrzydeł. Jednego anioła, jednego demona. →Grupa: Biali
→Steruje: Dev 
wtorek, 13 stycznia 2015
Od Tsugaru
Obudziłem się w dziwnym miejscu. Miałem sporę problemy z podniesieniem się.
Strasznie bolała mnie głowa. Gdzie ja jestem?
Podniosłem się i rozejrzałem się dookoła. Nie pamiętam, jak się tu znalazłem.
Usłyszałem jak coś ogłaszają, ciekawe co. Podszedłem bliżej megafonów, by lepiej słyszeć.
Dowiedziałem się że jestem w jakimś labiryncie. CUDNIE!!
Nie mam nic lepszego do roboty, tylko szlajanie się po pieprzonych korytarzykach.
Nie wchodzę w to gówno! Zaczęli objaśniać zasady gry. Czas się stąd zmywać.
Stanąłem jak wryty. Gdzie ja tylko znajdę wyjście?! Zacząłem dumać, nic nie przychodziło mi do głowy. Ech.. chyba będę musiał wziąć udział w tej „grze”.
Spojrzałem na swoje ramie, miałem na nim złotą przepaskę.
- Czyli należę do Złotych.. - mruknąłem do siebie.
Zaczęli odliczanie. Chyba powinienem znaleźć sobie jakiś sojuszników..
Dam sobie radę sam, odliczanie zakończone.
Wszedłem śmiało do labiryntu.
♠♠♠
- Cholera! - wrzasnąłem wściekły.
Błąkam się już parę godzin. Wydawało mi się że znalezienie drogi, nie może być aż tak trudne. Jak widać myliłem się. Jest to trudniejsze niż się zdaje.
Westchnąłem głośno i zastanowiłem się co dalej. Jak tak dalej pójdzie to szybko do domu nie wrócę. Co tu robić...co tu robić? Pustka....
Ruszyłem dalej, w końcu mi się uda, musi mi się udać. A jak nie? To będę miał problem.
Znów natrafiłem na ślepy zaułek, doprowadzało mnie to do szału. Wróciłem się i udałem się w przeciwną stronę. Chyba wcale nie zbliżam się do wyjścia, jeśli już to się od niego oddalam. Słabo orientuje się w terenie, nie mam nawet żadnej broni by obronić się przed napastnikami z innych drużyn. Jest ciężko, spojrzałem w niebo, zanim się obejrzałem, zaczął padać obfity deszcz. Płyn ściekał mi po twarzy, uświadomiłem że chcę się tylko „pobawić”. Kącik moich ust delikatnie się uniósł, pewnie wezmą mnie za wariata ich błąd.
Chyba za późno już na szukanie sobie sojusznika, ale... może kogoś znajdę.
Zarzuciłem kaptur na głowę, deszcz lał tak obficie że ledwo widziałem co mam przed sobą.
Wysunąłem jedną rękę, zacząłem nią machać, chciałem mieć pewność że nie walnę w ścianę.
<Koki?>
Strasznie bolała mnie głowa. Gdzie ja jestem?
Podniosłem się i rozejrzałem się dookoła. Nie pamiętam, jak się tu znalazłem.
Usłyszałem jak coś ogłaszają, ciekawe co. Podszedłem bliżej megafonów, by lepiej słyszeć.
Dowiedziałem się że jestem w jakimś labiryncie. CUDNIE!!
Nie mam nic lepszego do roboty, tylko szlajanie się po pieprzonych korytarzykach.
Nie wchodzę w to gówno! Zaczęli objaśniać zasady gry. Czas się stąd zmywać.
Stanąłem jak wryty. Gdzie ja tylko znajdę wyjście?! Zacząłem dumać, nic nie przychodziło mi do głowy. Ech.. chyba będę musiał wziąć udział w tej „grze”.
Spojrzałem na swoje ramie, miałem na nim złotą przepaskę.
- Czyli należę do Złotych.. - mruknąłem do siebie.
Zaczęli odliczanie. Chyba powinienem znaleźć sobie jakiś sojuszników..
Dam sobie radę sam, odliczanie zakończone.
Wszedłem śmiało do labiryntu.
♠♠♠
- Cholera! - wrzasnąłem wściekły.
Błąkam się już parę godzin. Wydawało mi się że znalezienie drogi, nie może być aż tak trudne. Jak widać myliłem się. Jest to trudniejsze niż się zdaje.
Westchnąłem głośno i zastanowiłem się co dalej. Jak tak dalej pójdzie to szybko do domu nie wrócę. Co tu robić...co tu robić? Pustka....
Ruszyłem dalej, w końcu mi się uda, musi mi się udać. A jak nie? To będę miał problem.
Znów natrafiłem na ślepy zaułek, doprowadzało mnie to do szału. Wróciłem się i udałem się w przeciwną stronę. Chyba wcale nie zbliżam się do wyjścia, jeśli już to się od niego oddalam. Słabo orientuje się w terenie, nie mam nawet żadnej broni by obronić się przed napastnikami z innych drużyn. Jest ciężko, spojrzałem w niebo, zanim się obejrzałem, zaczął padać obfity deszcz. Płyn ściekał mi po twarzy, uświadomiłem że chcę się tylko „pobawić”. Kącik moich ust delikatnie się uniósł, pewnie wezmą mnie za wariata ich błąd.
Chyba za późno już na szukanie sobie sojusznika, ale... może kogoś znajdę.
Zarzuciłem kaptur na głowę, deszcz lał tak obficie że ledwo widziałem co mam przed sobą.
Wysunąłem jedną rękę, zacząłem nią machać, chciałem mieć pewność że nie walnę w ścianę.
<Koki?>
Od Vanitas'a CD Shiki
Shiki zdawała się być niczym mała wyrocznia, ponieważ jej myśli o krwiożerczych stworach, łaknących ludzkiego mięsa postanowiły wyjść nam na spotkanie. Wiedziałem już, że bez walki się nie obejdzie, ponieważ wróg nie znajdował się wystarczająco daleko, aby umknąć niepostrzeżenie w jakąś leśną uliczkę, mieszczącą się nieopodal. Przeklnąłem pod nosem po czym uniosłem broń na wysokość głowy. Wycelowałem prosto między oczy potwora: jeżeli podejdzie choćby o metr, trafię bez najmniejszego problemu. Stałem w miejscu niczym kamienna rzeźba, której nie straszny zimny deszcz czy lodowaty wiatr. Nawet nie wiem czy w tej chwili mrugnąłem chociażby raz. Owym przeciwnikiem okazał się być wilkor - olbrzymi wilk wielkości małego konia. Bestia szczekała i ujadała, ukazując rzędy ostrych zębów. Jej spojrzenie pełne nienawiści przypominało wzrok mojego najgorszego wroga przez którego znalazłem się w tym cholernych miejscu. Nie namyślając się zbyt długo, oddałem pierwszy strzał. Trafiłem, ale nabój przebił jedynie prawą łopatkę, nie czyniąc wilkorowi większej krzywdy. Potwór warknął ze złości wymieszanej z furią, a następnie zaczął szarżować w naszą stronę. Chciałem strzelić raz jeszcze, ale Shiki odepchnęła mnie mocno, błyskawicznie dobyła noża, ciskając w kierunku pędzącego olbrzyma. Lecąca broń pozbawiła potwora ucha jednym, gładkim cięciem, które z plaskiem wylądowało na podłodze. Zwierzę zaskomlało żałośnie, znikając w leśnym buszu.
***
Stałem w miejscu, zastanawiając się dlaczego tym razem moja celność zawiodła.
- Nie pozwolę ci umrzeć. Jeszcze nie teraz. - powiedziała dziewczyna, wyraźnie zadowolona z tego, że ocaliła chłopaka o połowę wyższego od niej samej.
- Poradziłbym sobie. - rzekłem, krzyżując ręce na piersi. - Miałaś farta i tyle. Gdyby był bliżej, trafiłbym.
Shiki pokiwała głową, wyższość malowała się na jej bladej, diabelnej twarzyczce.
W odpowiedzi jedynie westchnąłem głośno. Przeczesałem ręką wilgotne od deszczu włosy i spojrzałem w dal. Wokół ani żywej duszy, zupełnie jakby świat umarł swoją własną, cichą śmiercią nie pozostawiającą zwłok ludzkich. Lekki dreszcz przeszedł mą towarzyszkę wraz z kolejnym podmuchem chłodnego wiatru. Niósł ze sobą głosy oraz ryki ukrywających się w pobliżu krwiożerczych paskud. Postanowiliśmy przeczekać ulewę w jednym z pobliskich domost. Ja trzymałem straż, a diabełek tymczasem poszukiwał czegoś pożytecznego: broni, jedzenia i wody. Nie ukrywam, że pragnienie nękało mnie już od jakiegoś czasu, jednak nieokazywanie jakiejkolwiek słabości była mym kluczowym celem. Słabość oznaczała śmierć na którą nie mogłem sobie teraz pozwolić, zwłaszcza bez charakterystycznego dla Grupy Czarnej bonusu. Objąłem rękami ramiona, starając się w jakiś niewytłumaczalny sposób ogrzać, ale moje ciało przestało od dawna przestało produkować ostatnie pokłady ciepła. Mimo to, nie odczuwałem wychłodzenia jakoś specjalnie dotkliwie. Kiedyś razem z kumplami organizowaliśmy zawody kto jest wytrzymalszy. Prawie zawsze wygrywałem dzięki czemu wiedziałem, że byle co nie jest w stanie mnie zatrzymać.
- Znalazłam tylko parę batoników. Powinno wystarczyć na zaspokojenie podstawowego łaknienia. - z przemyśleń wyrwał mnie ten demoniczny, słodki głosik...
Rzuciła czekalową słodycz w moim kierunku, a sama zajadała jedną z nich. Schowałem go do kieszeni skórzanej kamizelki - wkrótce może się okazać czymś naprawdę cennym.
- Nim natknęliśmy się na wilkora, wspominałaś coś o jakimś Gorgornie... To twój chłopak?
Zapytałem z czystej ciekowości, albowiem nie miałem nic innego do roboty, a chciałem nawinąć jakiś sensowny temat do rozmowy.
<Shiki?>
***
Stałem w miejscu, zastanawiając się dlaczego tym razem moja celność zawiodła.
- Nie pozwolę ci umrzeć. Jeszcze nie teraz. - powiedziała dziewczyna, wyraźnie zadowolona z tego, że ocaliła chłopaka o połowę wyższego od niej samej.
- Poradziłbym sobie. - rzekłem, krzyżując ręce na piersi. - Miałaś farta i tyle. Gdyby był bliżej, trafiłbym.
Shiki pokiwała głową, wyższość malowała się na jej bladej, diabelnej twarzyczce.
W odpowiedzi jedynie westchnąłem głośno. Przeczesałem ręką wilgotne od deszczu włosy i spojrzałem w dal. Wokół ani żywej duszy, zupełnie jakby świat umarł swoją własną, cichą śmiercią nie pozostawiającą zwłok ludzkich. Lekki dreszcz przeszedł mą towarzyszkę wraz z kolejnym podmuchem chłodnego wiatru. Niósł ze sobą głosy oraz ryki ukrywających się w pobliżu krwiożerczych paskud. Postanowiliśmy przeczekać ulewę w jednym z pobliskich domost. Ja trzymałem straż, a diabełek tymczasem poszukiwał czegoś pożytecznego: broni, jedzenia i wody. Nie ukrywam, że pragnienie nękało mnie już od jakiegoś czasu, jednak nieokazywanie jakiejkolwiek słabości była mym kluczowym celem. Słabość oznaczała śmierć na którą nie mogłem sobie teraz pozwolić, zwłaszcza bez charakterystycznego dla Grupy Czarnej bonusu. Objąłem rękami ramiona, starając się w jakiś niewytłumaczalny sposób ogrzać, ale moje ciało przestało od dawna przestało produkować ostatnie pokłady ciepła. Mimo to, nie odczuwałem wychłodzenia jakoś specjalnie dotkliwie. Kiedyś razem z kumplami organizowaliśmy zawody kto jest wytrzymalszy. Prawie zawsze wygrywałem dzięki czemu wiedziałem, że byle co nie jest w stanie mnie zatrzymać.
- Znalazłam tylko parę batoników. Powinno wystarczyć na zaspokojenie podstawowego łaknienia. - z przemyśleń wyrwał mnie ten demoniczny, słodki głosik...
Rzuciła czekalową słodycz w moim kierunku, a sama zajadała jedną z nich. Schowałem go do kieszeni skórzanej kamizelki - wkrótce może się okazać czymś naprawdę cennym.
- Nim natknęliśmy się na wilkora, wspominałaś coś o jakimś Gorgornie... To twój chłopak?
Zapytałem z czystej ciekowości, albowiem nie miałem nic innego do roboty, a chciałem nawinąć jakiś sensowny temat do rozmowy.
<Shiki?>
Od Birgitt'y CD Leo
Po krótkiej rozmowie Leo wydawał mi się być całkiem godny zaufania. Mając nadzieję, że to nie gra aktorska, gdy poprosił, równierz postanowiłam opowiedzieć mu coś o sobie.
- Mieszkałam na jednym z osiedli, na którym przetrwało paru mieszkańców, a domy były w na tyle dobrym stanie, że nowi mieszkańcy zaczeli się tam sprowadzać, okolica była położona niedaleko lasu, co dawało ludziom myśl, że skoro las żyje, tereny nie są zbytnio skażone. Jako że miasteczko odżyło, często porywano dzieciaki. - zaczęłam swoją historię - Dlatego kiedyś, pewne starsze małżeństwo, które ponoć kiedyś przeżyło jedno z takich porwań, postanowiło uczyć dzieciaki sztuk walki. Uwielbiałam te zajęcia. Z początku byłam najsilniejszym dzieciakiem w grupie. Znalazłam wielu przyjaciół, z moją paczką przysięgliśmy sobie, że będziemy tu razem ćwiczyć dopóki każdy z nas nie skończy 23 roku życia. Jednak po pewnym czasie otworzono też szkołę, płatną, jednak większość rodziców stać było by posłać tam swoje dzieci. Im byliśmy starsi tym więcej osób wyłamywało się z obietnicy, zajęli się szkołą. Tylko ja, moja przyjaciółka i przyjaciel nadal ćwiczyliśmy dzień w dzień, no i pewnego uroczego południa, straciłam przytomność i znalazłam się tu. - opowiedziałam w skrócie swoją historię. -Gdybym tylko tego dnia siedziała w szkolnej ławce...-powiedziałam pod nosem. W tym momencie Leo zabrał głos:
-Prawdopodobnie i tak by Cię porwano. Wydaje mi się, że upatrują sobie ofiary, porywają w pewnym momencie życia, gdy uznają, że właśnie wtedy gra z tobą będzie najciekawsza. Pewnie dlatego mnie porwano niedawno po śmierci ojca..- powiedział jednak szybko zmienił temat i zaczeliśmy myśleć Jak przeżyć pierwszą noc. W końcu postanowiliśmy wrócić jeszcze raz do chaty, by zabrać plecak, parę starych metalowych mis, podrdzewiałe sztućce, liny, oraz inne wydające się nam potrzebne narzędzia oraz plecaki. Za pomysłem Leo pierwszą noc spędziliśmy w lesie w koronach drzew. Nie mogliśmy z początku zasnąć więc zaczęłam rozmowę:
-Co zrobimy, jeżeli dołączą nam, do Twojej, lub mojej grupy nowe osoby? Albo, jeżeli nikt nie dołączy? - zaczęły się moje wieczorne rozmyślania. Spojrzałam na Leo aby dowiedzieć się co o tym sądzi...
<dokończ Leo>
- Mieszkałam na jednym z osiedli, na którym przetrwało paru mieszkańców, a domy były w na tyle dobrym stanie, że nowi mieszkańcy zaczeli się tam sprowadzać, okolica była położona niedaleko lasu, co dawało ludziom myśl, że skoro las żyje, tereny nie są zbytnio skażone. Jako że miasteczko odżyło, często porywano dzieciaki. - zaczęłam swoją historię - Dlatego kiedyś, pewne starsze małżeństwo, które ponoć kiedyś przeżyło jedno z takich porwań, postanowiło uczyć dzieciaki sztuk walki. Uwielbiałam te zajęcia. Z początku byłam najsilniejszym dzieciakiem w grupie. Znalazłam wielu przyjaciół, z moją paczką przysięgliśmy sobie, że będziemy tu razem ćwiczyć dopóki każdy z nas nie skończy 23 roku życia. Jednak po pewnym czasie otworzono też szkołę, płatną, jednak większość rodziców stać było by posłać tam swoje dzieci. Im byliśmy starsi tym więcej osób wyłamywało się z obietnicy, zajęli się szkołą. Tylko ja, moja przyjaciółka i przyjaciel nadal ćwiczyliśmy dzień w dzień, no i pewnego uroczego południa, straciłam przytomność i znalazłam się tu. - opowiedziałam w skrócie swoją historię. -Gdybym tylko tego dnia siedziała w szkolnej ławce...-powiedziałam pod nosem. W tym momencie Leo zabrał głos:
-Prawdopodobnie i tak by Cię porwano. Wydaje mi się, że upatrują sobie ofiary, porywają w pewnym momencie życia, gdy uznają, że właśnie wtedy gra z tobą będzie najciekawsza. Pewnie dlatego mnie porwano niedawno po śmierci ojca..- powiedział jednak szybko zmienił temat i zaczeliśmy myśleć Jak przeżyć pierwszą noc. W końcu postanowiliśmy wrócić jeszcze raz do chaty, by zabrać plecak, parę starych metalowych mis, podrdzewiałe sztućce, liny, oraz inne wydające się nam potrzebne narzędzia oraz plecaki. Za pomysłem Leo pierwszą noc spędziliśmy w lesie w koronach drzew. Nie mogliśmy z początku zasnąć więc zaczęłam rozmowę:
-Co zrobimy, jeżeli dołączą nam, do Twojej, lub mojej grupy nowe osoby? Albo, jeżeli nikt nie dołączy? - zaczęły się moje wieczorne rozmyślania. Spojrzałam na Leo aby dowiedzieć się co o tym sądzi...
<dokończ Leo>
Od Shiki CD Vanitas'a
Mokre ubranie lepiło się do ciała. To uczucie nie było moim ulubionym, wręcz czułam ogromny dyskomfort. Deszcz padał obficie, uderzając z wielką siłą w żwirową drogę, a końca ulewy nie było widać. Słysząc wściekłe ujadanie psów, ruszyłam szybciej, czując jak w stopy wbijają mi się ostro zakończone kamienie. Stare poniszczone trampki, nie dawały już żadnej ochrony, ponieważ podeszwy się zdarły, a materiał osłaniał jedynie część nóg w tym palce i kostki. Ciemna uliczka, wydawała się być jedynym ratunkiem przed ujrzeniem ludzi. Skryłam się za blado-niebieskim kontenerem i obserwowałam uliczkę, oświetlaną jedynie przez niewielką lampę i przylegające do niej ogromne ćmy.
- Widzisz Gorgorn? Nie złapią mnie... Nigdy mnie nie złapią.
Spojrzałam na swoje pokaleczone nogi, owite ciemnością uliczki, które rozbłysnęły nagle światłem latarki. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś mnie obserwuje, ale na reakcję było stanowczo za późno. Dałam susa w bok i poczułam uderzenie, było ono na tyle silne, by zwalić mnie z nóg...
***
Schowałam oba sztylety w kieszeni spodni i skinieniem głowy podziękowałam nowo poznanemu chłopakowi. Podeszłam szybkim ruchem do spróchniałego okna i przejechałam rękawem, po brudnej szybie by rozjaśnić obraz na sytuację. Niebo pociemniało, a za horyzontem, unoszącym się nad wysoką wieżą, zauważyłam jaśniejącą smugę. Ciemne chmury naszły na soczyście pomarańczowe niebo zagłuszając zachodzące słońce. Zachmurzenie znaczyło jedno - wkrótce nadejdzie burza. Co za tym idzie, nieboskłon przysłoni gruba warstwa chmur i nie będę mogła orientować się za pomocą gwiazd. Wybiegłam na dwór i spojrzałam nerwowo do góry, chcąc odnaleźć chociaż jedną migoczącą skałę. Moje ciało odprężyło się dopiero wtedy, gdy zobaczyłam gwiazdozbiór Wielkiego Wozu. Szybko określiłam kierunek północny, dzięki temu wiedziałam gdzie się znajduję.
- Będzie burza - wyszeptałam kierując, oczy Venitas'a , w stronę kierunku zachodniego.- Tam skumulowały się chmury, sądząc po częstotliwości uderzania błyskawic i szybkości wiejącego wiatru - wyciągnęłam nóż i poczęłam pisać ostrzem po ręce - burza będzie tutaj za około pół godziny.
Wiatr wzmógł się nieco i teraz poczuliśmy przeszywający chłód.
- Chodźmy... - usłyszałam cichy szept Venitas'a. Wskazał ręką w stronę ciemnej uliczki, między dwoma kwadratowymi domami.
Przytaknęłam i ruszyłam obok niego, co chwilę oglądając się za siebie, jakby coś nagle miało wyskoczyć z ciemności i wbić coś ostrego w moje gardło. Droga, którą szliśmy była niezwykle kręta, ale i szeroka. Przypominała drogę główną, na której czasami znikąd pojawiają się pułapki. Dziwiłam się, że jeszcze nie spotkaliśmy żadnego stworzenia bądź rośliny, która skora by była do zjedzenia kogoś z nas. Niebo przecięłam na wpół błyskawica, a po chwili zaczął padać obficie deszcz.
- To teren Gorgorna.. - wyszeptałam cicho do siebie.
Poczułam jak chłopak łapie mnie za ramię i zatrzymuje. Spojrzałam na niego i od razu zrozumiałam o co chodzi. Coś lub ktoś, stało nam na drodze...
- Widzisz Gorgorn? Nie złapią mnie... Nigdy mnie nie złapią.
Spojrzałam na swoje pokaleczone nogi, owite ciemnością uliczki, które rozbłysnęły nagle światłem latarki. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś mnie obserwuje, ale na reakcję było stanowczo za późno. Dałam susa w bok i poczułam uderzenie, było ono na tyle silne, by zwalić mnie z nóg...
***
Schowałam oba sztylety w kieszeni spodni i skinieniem głowy podziękowałam nowo poznanemu chłopakowi. Podeszłam szybkim ruchem do spróchniałego okna i przejechałam rękawem, po brudnej szybie by rozjaśnić obraz na sytuację. Niebo pociemniało, a za horyzontem, unoszącym się nad wysoką wieżą, zauważyłam jaśniejącą smugę. Ciemne chmury naszły na soczyście pomarańczowe niebo zagłuszając zachodzące słońce. Zachmurzenie znaczyło jedno - wkrótce nadejdzie burza. Co za tym idzie, nieboskłon przysłoni gruba warstwa chmur i nie będę mogła orientować się za pomocą gwiazd. Wybiegłam na dwór i spojrzałam nerwowo do góry, chcąc odnaleźć chociaż jedną migoczącą skałę. Moje ciało odprężyło się dopiero wtedy, gdy zobaczyłam gwiazdozbiór Wielkiego Wozu. Szybko określiłam kierunek północny, dzięki temu wiedziałam gdzie się znajduję.
- Będzie burza - wyszeptałam kierując, oczy Venitas'a , w stronę kierunku zachodniego.- Tam skumulowały się chmury, sądząc po częstotliwości uderzania błyskawic i szybkości wiejącego wiatru - wyciągnęłam nóż i poczęłam pisać ostrzem po ręce - burza będzie tutaj za około pół godziny.
Wiatr wzmógł się nieco i teraz poczuliśmy przeszywający chłód.
- Chodźmy... - usłyszałam cichy szept Venitas'a. Wskazał ręką w stronę ciemnej uliczki, między dwoma kwadratowymi domami.
Przytaknęłam i ruszyłam obok niego, co chwilę oglądając się za siebie, jakby coś nagle miało wyskoczyć z ciemności i wbić coś ostrego w moje gardło. Droga, którą szliśmy była niezwykle kręta, ale i szeroka. Przypominała drogę główną, na której czasami znikąd pojawiają się pułapki. Dziwiłam się, że jeszcze nie spotkaliśmy żadnego stworzenia bądź rośliny, która skora by była do zjedzenia kogoś z nas. Niebo przecięłam na wpół błyskawica, a po chwili zaczął padać obficie deszcz.
- To teren Gorgorna.. - wyszeptałam cicho do siebie.
Poczułam jak chłopak łapie mnie za ramię i zatrzymuje. Spojrzałam na niego i od razu zrozumiałam o co chodzi. Coś lub ktoś, stało nam na drodze...
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Od Leo Cd Birgitty
Spokojnie skończyłem ładować broń. Większy kaliber zawiesiłem na wolnym ramieniu. Dwa mniejsze rewolwery znalazły miejsce w kaburach zapiętych na czarnych szelkach. Przypiąłem jeszcze do paska dwa długie noże myśliwskie. Chyba wszystko...
- Birgitta Petitrose - dopiero teraz zwróciłem uwagę na słowa dziewczyny stojącej ode mnie jakieś kilkadziesiąt metrów - Chcę sojuszu. Razem zwiększymy swoje szanse...
- Uspokój się. - wszedłem jej w słowo, wolnym krokiem pokonując dzielącą nas odległość - Nie zamierzam nikogo zabijać. Przynajmniej, jeśli nie zostanę do tego zmuszony.
Zmierzyła mnie uważnym wzrokiem, jakbym był obcym nie z tej planety.
- Nie wiesz co to za miejsce? - spytała zdziwiona.
- Z tego co usłyszałem, jesteśmy w labiryncie i mamy pozabijać siebie nawzajem dla kaprysu jakiegoś chorego idioty.
- W mojej dzielnicy często dochodziło do porwań. - posmutniała nagle i wbiła wzrok w przestrzeń ponad moją głową - Przygotowywałam się do tego dnia, bo gdzieś w głębi umysłu wiedziałam, że przyjdzie i moja kolej.
- No to masz pewną przewagę. - wyjąłem rewolwer i sprawdziłem bębenek - Wychowałem się na skraju lasu z dala od ludzi, polując na bestie jego pokroju. - końcem lufy wskazałem na truchło niedźwiedzia i z trzaskiem zamknąłem magazynek - Będziemy tu tak stać i czekać aż ktoś nas odstrzeli czy poszukamy schronienia? Leo. - wyciągnąłem dłoń - Leo da Vinci, tymczasowy sojusznik.
Uścisnęliśmy sobie dłonie i wkroczyliśmy w ciemny las. Zastanawiałem się tylko jak szybko Birgitta strzeli mi w plecy, gdy tylko znajdzie kogoś należącego do własnej grupy. "Ludziom nigdy nie należy ufać do końca" - tak zawsze mawiał mój ojciec, a teraz miałem okazję przekonać się ile warte są jego słowa.
- Najpierw powinniśmy znaleźć coś do jedzenia i schronienie na noc. Proponowałbym drzewa, są o wiele bezpieczniejsze niż domki. Można przywiązać się do grubej gałęzi i przespać kilka godzin do świtu. Oczywiście zrobisz jak uważasz. - zmarszczyłem brwi, zdając sobie nagle sprawę jak gadatliwy jestem przy dziewczynie. Podróżując z ojcem porozumiewaliśmy się za pomocą samych gestów, by nie spłoszyć zwierzyny. Bywały czasy, ze nie odzywaliśmy się i przez kilka tygodni.
- Opowiedz coś o sobie Birgitto. - postanowiłem przerwać ciszę.
<Birgitto?>
- Birgitta Petitrose - dopiero teraz zwróciłem uwagę na słowa dziewczyny stojącej ode mnie jakieś kilkadziesiąt metrów - Chcę sojuszu. Razem zwiększymy swoje szanse...
- Uspokój się. - wszedłem jej w słowo, wolnym krokiem pokonując dzielącą nas odległość - Nie zamierzam nikogo zabijać. Przynajmniej, jeśli nie zostanę do tego zmuszony.
Zmierzyła mnie uważnym wzrokiem, jakbym był obcym nie z tej planety.
- Nie wiesz co to za miejsce? - spytała zdziwiona.
- Z tego co usłyszałem, jesteśmy w labiryncie i mamy pozabijać siebie nawzajem dla kaprysu jakiegoś chorego idioty.
- W mojej dzielnicy często dochodziło do porwań. - posmutniała nagle i wbiła wzrok w przestrzeń ponad moją głową - Przygotowywałam się do tego dnia, bo gdzieś w głębi umysłu wiedziałam, że przyjdzie i moja kolej.
- No to masz pewną przewagę. - wyjąłem rewolwer i sprawdziłem bębenek - Wychowałem się na skraju lasu z dala od ludzi, polując na bestie jego pokroju. - końcem lufy wskazałem na truchło niedźwiedzia i z trzaskiem zamknąłem magazynek - Będziemy tu tak stać i czekać aż ktoś nas odstrzeli czy poszukamy schronienia? Leo. - wyciągnąłem dłoń - Leo da Vinci, tymczasowy sojusznik.
Uścisnęliśmy sobie dłonie i wkroczyliśmy w ciemny las. Zastanawiałem się tylko jak szybko Birgitta strzeli mi w plecy, gdy tylko znajdzie kogoś należącego do własnej grupy. "Ludziom nigdy nie należy ufać do końca" - tak zawsze mawiał mój ojciec, a teraz miałem okazję przekonać się ile warte są jego słowa.
- Najpierw powinniśmy znaleźć coś do jedzenia i schronienie na noc. Proponowałbym drzewa, są o wiele bezpieczniejsze niż domki. Można przywiązać się do grubej gałęzi i przespać kilka godzin do świtu. Oczywiście zrobisz jak uważasz. - zmarszczyłem brwi, zdając sobie nagle sprawę jak gadatliwy jestem przy dziewczynie. Podróżując z ojcem porozumiewaliśmy się za pomocą samych gestów, by nie spłoszyć zwierzyny. Bywały czasy, ze nie odzywaliśmy się i przez kilka tygodni.
- Opowiedz coś o sobie Birgitto. - postanowiłem przerwać ciszę.
<Birgitto?>
Od Vanitas'a
- Do cholery jasnej! Znowu to samo! - wrzasnąłem ze złości, błądząc w
nieskończoność z jednym z korytarzy i powracając wciąż w to samo
miejsce.
Ciągłe chodzenie w kółko doprowadzało mnie do szału tak wielkiego, iż jedyne o czym teraz marzyłem to zabić kogoś, a potem usadowić szanowne, bolące dupsko na czymś bardziej miękkim od kamiennej podłogi wyściełającej podłoże Labiryntu. Zawiązałem jedną z niesfornie latających sznurówek lewego buta, następnie udałem się w drogę powrotną, starając się stworzyć w głowie trójwymiarowy obraz pokręconej drogi. Jak ja nienawidzę labiryntów! Nie jestem żadnym Minotaurem, aby łazić z toporem i odrąbywać głowę każdemu kogo zobaczą moje szanowne oczy. Wystarczy już, że musiałem marnować wzrok na obserwowanie tych szaroburych ścian. Wtem ujrzałem jakiś mały domek, a raczej starą, rozpadającą się stodołę. Moje mroczne serce na sekundę lub dwie wypełniła ponura radość, która zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Wbiegłem tam trzema szybkimi susami, rozglądając się co chwila czy nie nadchodzi niesproszony gość. Bardzo nie lubiłem kiedy ktoś przeszkadzał mi w zdobywaniu broni. Niemal natychmiast dostrzegłem pięknego 45 USP Tactical leżącego sobie spokojnie na malutkim stoliczku. Obok znajdowało się parę naboi, naliczyłem ich sześć. Kąciki mych ust niemal natychmiast uniosły się ku górze. Czym prędzej pochwyciłem pistolet, rozglądając się za innymi perełkami. Na ziemi poniewierał się sztylet i krótszy nóż do rzucania. Umieściłem ostrza przy pasku, a broń na wszelki wypadek trzymałem w dłoni. Ostrożnie wystawiłem głowę przez framugę spróchniałych drzwi. Zauważyłem jak ktoś się zbliża: drobnej budowy, ale poruszająca się z niesamowitą prędkością osóbka płci żeńskiej. Błyskawicznie wybiegłem z pomieszczenia i ukryłem się za jedną ze ścian budynku, gotowy rozprawić się z nieznajomą raz na zawsze. Wreszcie gdy dosłyszałem jej ciche, ostrożne kroki, z prędkością kobry wyłoniłem się z ukrycia i wycelowałem ofierze prosto w głowę.
- Nie ruszaj się! - krzyknąłem, nie zważając na resztę ludzi, która i tak pewnie już mnie usłyszała.
Zaskoczona dziewczyna stanęła niczym sparaliżowana, odwracając głowę w moją stronę w niemal ślimaczym tempie. Widząc charakterystyczną, czarną rękawicę na mojej lewej ręce, uniosła i swój czarny znak rozpoznawczy grupy. Bez słowa opuściłem broń, rzucając nieznajomej przepraszające spojrzenie.
- Myślałem, że to Srebrni. Podobno mają niezłego powera.
- Mnie też miło cię poznać. - powiedziała niemal z wyrzutem.
Miała szkarłatne oczęta wygłodniałego wampira. Malutka, słodka dziewczynka z kruczoczarnymi włosami sięgającymi za pas.
- Mnie również. - uśmiechnąłem się ponuro. - Jestem Vanitas i od dobrych czterech godzin błądzę po korytarzach. Z daleko nie zdołałem ujrzeć twojej czarnej opaski.
- Ja mam na imię Shika i cieszę się, że wreszcie odnalazłam kogoś ze swoich.
Jej krwawe ślepia błysnęły czerwonym światłem, a na bladą twarzyczkę wstąpił chytry uśmieszek. Znaliśmy się zaledwie parę minut, a ja już zdążyłem polubić tę małą - oczywiście na swój sposób. Wyczuwałem wiele zła i nienawiści bijącej od ciała niskiego diabełka. Tylko z takimi ludźmi potrafiłem znaleźć cienką nić porozumienia. Za początek użyczyłem jej swych dwóch noży: chciałem mieć pewność, żeby czuła się bezpiecznie w moim towarzystwie i na odwrót. Skoro tu trafiła z pewnością nie była zbuntowaną nastolatką oglądającą koreańskie dramy.
<Shika?>
Ciągłe chodzenie w kółko doprowadzało mnie do szału tak wielkiego, iż jedyne o czym teraz marzyłem to zabić kogoś, a potem usadowić szanowne, bolące dupsko na czymś bardziej miękkim od kamiennej podłogi wyściełającej podłoże Labiryntu. Zawiązałem jedną z niesfornie latających sznurówek lewego buta, następnie udałem się w drogę powrotną, starając się stworzyć w głowie trójwymiarowy obraz pokręconej drogi. Jak ja nienawidzę labiryntów! Nie jestem żadnym Minotaurem, aby łazić z toporem i odrąbywać głowę każdemu kogo zobaczą moje szanowne oczy. Wystarczy już, że musiałem marnować wzrok na obserwowanie tych szaroburych ścian. Wtem ujrzałem jakiś mały domek, a raczej starą, rozpadającą się stodołę. Moje mroczne serce na sekundę lub dwie wypełniła ponura radość, która zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Wbiegłem tam trzema szybkimi susami, rozglądając się co chwila czy nie nadchodzi niesproszony gość. Bardzo nie lubiłem kiedy ktoś przeszkadzał mi w zdobywaniu broni. Niemal natychmiast dostrzegłem pięknego 45 USP Tactical leżącego sobie spokojnie na malutkim stoliczku. Obok znajdowało się parę naboi, naliczyłem ich sześć. Kąciki mych ust niemal natychmiast uniosły się ku górze. Czym prędzej pochwyciłem pistolet, rozglądając się za innymi perełkami. Na ziemi poniewierał się sztylet i krótszy nóż do rzucania. Umieściłem ostrza przy pasku, a broń na wszelki wypadek trzymałem w dłoni. Ostrożnie wystawiłem głowę przez framugę spróchniałych drzwi. Zauważyłem jak ktoś się zbliża: drobnej budowy, ale poruszająca się z niesamowitą prędkością osóbka płci żeńskiej. Błyskawicznie wybiegłem z pomieszczenia i ukryłem się za jedną ze ścian budynku, gotowy rozprawić się z nieznajomą raz na zawsze. Wreszcie gdy dosłyszałem jej ciche, ostrożne kroki, z prędkością kobry wyłoniłem się z ukrycia i wycelowałem ofierze prosto w głowę.
- Nie ruszaj się! - krzyknąłem, nie zważając na resztę ludzi, która i tak pewnie już mnie usłyszała.
Zaskoczona dziewczyna stanęła niczym sparaliżowana, odwracając głowę w moją stronę w niemal ślimaczym tempie. Widząc charakterystyczną, czarną rękawicę na mojej lewej ręce, uniosła i swój czarny znak rozpoznawczy grupy. Bez słowa opuściłem broń, rzucając nieznajomej przepraszające spojrzenie.
- Myślałem, że to Srebrni. Podobno mają niezłego powera.
- Mnie też miło cię poznać. - powiedziała niemal z wyrzutem.
Miała szkarłatne oczęta wygłodniałego wampira. Malutka, słodka dziewczynka z kruczoczarnymi włosami sięgającymi za pas.
- Mnie również. - uśmiechnąłem się ponuro. - Jestem Vanitas i od dobrych czterech godzin błądzę po korytarzach. Z daleko nie zdołałem ujrzeć twojej czarnej opaski.
- Ja mam na imię Shika i cieszę się, że wreszcie odnalazłam kogoś ze swoich.
Jej krwawe ślepia błysnęły czerwonym światłem, a na bladą twarzyczkę wstąpił chytry uśmieszek. Znaliśmy się zaledwie parę minut, a ja już zdążyłem polubić tę małą - oczywiście na swój sposób. Wyczuwałem wiele zła i nienawiści bijącej od ciała niskiego diabełka. Tylko z takimi ludźmi potrafiłem znaleźć cienką nić porozumienia. Za początek użyczyłem jej swych dwóch noży: chciałem mieć pewność, żeby czuła się bezpiecznie w moim towarzystwie i na odwrót. Skoro tu trafiła z pewnością nie była zbuntowaną nastolatką oglądającą koreańskie dramy.
<Shika?>
Od Birgitt'y CD Leo
10...9...
- Ej Srebrny! - Zawołałam. Tak, to jest osoba którą chciałabym na sojusznika. Wyglądał na zdezorientowanego może mam szansę! Najwyższy z całej grupy, kurczę... Możliwe, że będzie chciał przetrwać w strategii "samotnika''. Przecież on nie potrzebuje nikogo do obrony. Odwrócił się.
-Ty mnie wołasz rogacz? - powiedział szybko. Ponieważ krzyczeliśmy reszta grupy odwróciła się w naszą stronę. Wszyscy zaczęliśmy się badać wzrokiem. Krótka chwila zdawała się trwać w nieskończoność, chciałam to urwać i nieco niepewnie krzyknęłam:
-Oboje! - pozostali wciąż uważnie mi sie przyglądali. -Oboje jesteśmy sami w swoich przydziałach! - krzyknęłam i uniosłam ręce w górę, aby pokazać nadgarstki. Chwila, co ja robię?! Teraz wszyscy poznają, że jestem przezroczystą! Kamuflaż diabli wzięli. Jednak nie wszyscy zdawali się mnie słuchać. Parę osób i dziewczyna w brązowych włosach wsłuchiwali się w okropne odliczanie, które miało u nas wywołać panikę.
3..2..
Srebrny chłopak zajął się sobą, wszyscy pobiegliśmy w swoim kierunku. Dokładnie patrzyłam dokąd pobiegł chłopak ze srebrnego przydziału. Śledziłam go przez trochę, cóż wydaje mi się że na tą chwilę oboje byśmy się sobie przydali, chociaż kto wie, jakie umiejętności on posiada, może byłabym ciężarem?. No cóż, muszę zaryzykować. Zauważyłam mały domek, nikt prócz nas tędy nie szedł, najprawdopodobniej był pusty. Poszłam tam nieco prędzej by zdążyć przed nim. Schowałam się i wzięłam jakąś broń, a było tam kilka rodzajów broni, jak również bronie palne i łuk, jednak postarali się by nie było zbyt łatwo, nabojów i strzał nie starczy na całą wycieczkę do końca labiryntu. Ja wzięłam to, czym najlepiej było by mi walczyć, jeżeli nie gołymi rękami. Wzięłam kilka mniejszych noży, umocowanych przy pasku, którego przepasałam wokół lewej nogi. Wzięłam trzy większe noże i tyle. Szybko zerknęłam przez okno, by sprawdzić czy ktoś, a przede wszystkim srebrny chłopak się zbliża. Tak, on również już zauważył ten dom i zbliżał się do niego rozglądając dookoła. Tuż przy chacie zatrzymał się. Musiał zauważyć, że byłam już tu przed nim. Przestraszyłam się i schowałam gdzieś w zagraconym kącie. Niezbyt dobre miejsce, jakbym miała uciekać, chociaż nie, chwila-widzę małe okienko, dam radę się wydostać. Chłopak uważnie wszedł do środka, rozejrzał się i nadal wydawał się coś podejrzewać, lecz zdecydował podejść i zabrać jakąś broń i naboje. Jak dać mu do zrozumienia, że tu jestem i chcę sojuszu, aby mnie nie zabił? Na wszelki wypadek wyciągnęłam jeden nóż i zaczęłam się bezgłośnie czołgać pomiędzy bezużytecznymi rupieciami. Tuż przy samym wyjściu z rupieciska o coś cicho szurnęłam, chłopak właśnie kończył ładować broń, szybko spojrzał w moją stronę i odruchowo strzelił, jednak ja zdążyłam podnieś się z kolan i wybiec z chaty. Trzymałam nóż w ręku i tuż przed wbiegnięciem w gęstszą część lasu odwróciłam się na chwilę, zdziwiło mnie że nie usłyszałam ani jednego strzału po tym pierwszym, chłopak wybiegł za mną i stał przed starą chatą, celują w moją stronę. Podniosłam dłonie do góry, nadal trzymając nóż(w tamtej chwili, prawdopodobnie przez adrenalinę, kompletnie o tym zapomniałam). Postanowiłam krzyknąć szybko i w razie wrogiej reakcji skryć się w gęstym borze. -Chcę sojuszu!- wypowiedziałam szybko, chłopak nadal nie drgnął, wciąż do mnie celował. -CHCĘ SOJUSZU!! - krzyknęłam jeszcze głośniej i desperacko. Usłyszałam strzał, otworzyłam szeroko oczy, w moich myślach to oczywiste pytanie "Czy to już koniec?" Jednak nie czułam żadnego bólu. Chłopak zabezpieczył broń i zarzucił na plecy. Spojrzałam w dół i sprawdzałam, czy przypadkiem nie wpakował mi kulki. Jednak byłam cała, odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam w tej samej sekundzie na niego, a on kiwnął głową, abym spojrzała za siebie. Spojrzałam mu prosto w oczy i podejrzliwie spojrzałam za siebie. Z krzaków wystawał wielki łeb niedźwiedzia, nieco zbyt wielki by stwierdzić że nie było to zmutowane zwierze. Kula przeszła celnie przez lewe oko bestii, zabijając ją. Nadal dysząc z przerażenia wypowiedziałam -Dzięki. - lecz chłopak nadal się nie odezwał i zajął się ładowaniem innych broni które wziął z chaty. Postanowiłam się przedstawić.
-Jestem Birgita. - powiedziałam szybko. -Birgitta Petitrose - dodałam już wolniej. Zaczęłam ponownie pytać o sojusz, jednak w tej chwili chłopak mi przerwał...
<dokończ Leo? :P>
- Ej Srebrny! - Zawołałam. Tak, to jest osoba którą chciałabym na sojusznika. Wyglądał na zdezorientowanego może mam szansę! Najwyższy z całej grupy, kurczę... Możliwe, że będzie chciał przetrwać w strategii "samotnika''. Przecież on nie potrzebuje nikogo do obrony. Odwrócił się.
-Ty mnie wołasz rogacz? - powiedział szybko. Ponieważ krzyczeliśmy reszta grupy odwróciła się w naszą stronę. Wszyscy zaczęliśmy się badać wzrokiem. Krótka chwila zdawała się trwać w nieskończoność, chciałam to urwać i nieco niepewnie krzyknęłam:
-Oboje! - pozostali wciąż uważnie mi sie przyglądali. -Oboje jesteśmy sami w swoich przydziałach! - krzyknęłam i uniosłam ręce w górę, aby pokazać nadgarstki. Chwila, co ja robię?! Teraz wszyscy poznają, że jestem przezroczystą! Kamuflaż diabli wzięli. Jednak nie wszyscy zdawali się mnie słuchać. Parę osób i dziewczyna w brązowych włosach wsłuchiwali się w okropne odliczanie, które miało u nas wywołać panikę.
3..2..
Srebrny chłopak zajął się sobą, wszyscy pobiegliśmy w swoim kierunku. Dokładnie patrzyłam dokąd pobiegł chłopak ze srebrnego przydziału. Śledziłam go przez trochę, cóż wydaje mi się że na tą chwilę oboje byśmy się sobie przydali, chociaż kto wie, jakie umiejętności on posiada, może byłabym ciężarem?. No cóż, muszę zaryzykować. Zauważyłam mały domek, nikt prócz nas tędy nie szedł, najprawdopodobniej był pusty. Poszłam tam nieco prędzej by zdążyć przed nim. Schowałam się i wzięłam jakąś broń, a było tam kilka rodzajów broni, jak również bronie palne i łuk, jednak postarali się by nie było zbyt łatwo, nabojów i strzał nie starczy na całą wycieczkę do końca labiryntu. Ja wzięłam to, czym najlepiej było by mi walczyć, jeżeli nie gołymi rękami. Wzięłam kilka mniejszych noży, umocowanych przy pasku, którego przepasałam wokół lewej nogi. Wzięłam trzy większe noże i tyle. Szybko zerknęłam przez okno, by sprawdzić czy ktoś, a przede wszystkim srebrny chłopak się zbliża. Tak, on również już zauważył ten dom i zbliżał się do niego rozglądając dookoła. Tuż przy chacie zatrzymał się. Musiał zauważyć, że byłam już tu przed nim. Przestraszyłam się i schowałam gdzieś w zagraconym kącie. Niezbyt dobre miejsce, jakbym miała uciekać, chociaż nie, chwila-widzę małe okienko, dam radę się wydostać. Chłopak uważnie wszedł do środka, rozejrzał się i nadal wydawał się coś podejrzewać, lecz zdecydował podejść i zabrać jakąś broń i naboje. Jak dać mu do zrozumienia, że tu jestem i chcę sojuszu, aby mnie nie zabił? Na wszelki wypadek wyciągnęłam jeden nóż i zaczęłam się bezgłośnie czołgać pomiędzy bezużytecznymi rupieciami. Tuż przy samym wyjściu z rupieciska o coś cicho szurnęłam, chłopak właśnie kończył ładować broń, szybko spojrzał w moją stronę i odruchowo strzelił, jednak ja zdążyłam podnieś się z kolan i wybiec z chaty. Trzymałam nóż w ręku i tuż przed wbiegnięciem w gęstszą część lasu odwróciłam się na chwilę, zdziwiło mnie że nie usłyszałam ani jednego strzału po tym pierwszym, chłopak wybiegł za mną i stał przed starą chatą, celują w moją stronę. Podniosłam dłonie do góry, nadal trzymając nóż(w tamtej chwili, prawdopodobnie przez adrenalinę, kompletnie o tym zapomniałam). Postanowiłam krzyknąć szybko i w razie wrogiej reakcji skryć się w gęstym borze. -Chcę sojuszu!- wypowiedziałam szybko, chłopak nadal nie drgnął, wciąż do mnie celował. -CHCĘ SOJUSZU!! - krzyknęłam jeszcze głośniej i desperacko. Usłyszałam strzał, otworzyłam szeroko oczy, w moich myślach to oczywiste pytanie "Czy to już koniec?" Jednak nie czułam żadnego bólu. Chłopak zabezpieczył broń i zarzucił na plecy. Spojrzałam w dół i sprawdzałam, czy przypadkiem nie wpakował mi kulki. Jednak byłam cała, odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam w tej samej sekundzie na niego, a on kiwnął głową, abym spojrzała za siebie. Spojrzałam mu prosto w oczy i podejrzliwie spojrzałam za siebie. Z krzaków wystawał wielki łeb niedźwiedzia, nieco zbyt wielki by stwierdzić że nie było to zmutowane zwierze. Kula przeszła celnie przez lewe oko bestii, zabijając ją. Nadal dysząc z przerażenia wypowiedziałam -Dzięki. - lecz chłopak nadal się nie odezwał i zajął się ładowaniem innych broni które wziął z chaty. Postanowiłam się przedstawić.
-Jestem Birgita. - powiedziałam szybko. -Birgitta Petitrose - dodałam już wolniej. Zaczęłam ponownie pytać o sojusz, jednak w tej chwili chłopak mi przerwał...
<dokończ Leo? :P>
Nowa Czerń: Vanitas Flavo
Dane Podstawowe
→Imię: Vanitas→Nazwisko: Flavo
→Wiek: 19 lat
→Płeć: Mężczyzna
→Orientacja: Heteroseksualny
→Data Urodzenia: 9 stycznia
→Grupa Krwi: AB-→Umiejętności: Świetnie posługuje się zarówno bronią palną jak i białą, niezwykle wytrzymały w biegu. Odporny na większy ból, zimno czy upał. Potrafi poruszać się bezszelestnie, a przy tym nie zostawiać po sobie żadnych śladów. →Historia: Vanitas jest istotą o charakterze wykraczających poza wszystkie kryteria człowieczeństwa: niezywkle złośliwy, próżny i bezczelny. Słucha tylko siebie. Nie robi żadnych wyjątków, dlatego nigdy nie przyciągał do siebie ludzi. Pewnego dnia jeden z jego największych wrogów ogłuszył go, a ten obudził się w Labiryncie Śmierci. Aparacja
→Wzrost: 183 cm
→Waga: 60 kg
→Kolor Włosów: Czarny
→Kolor Oczu: Żółty
→Znaki szczególne: Tatuaż na prawym ramieniu, trzy kolczyki w prawym uchu i dwa w lewym. →Grupa: Czarni →Steruje: Kaya213

Nowe Złoto: Tsugaru Osborne!

Dane Podstawowe
→Imię: Tsugaru→Nazwisko: Osborne→Wiek:19 lat
→Płeć: Mężczyzna→Orientacja: Homoseksualny
→Data Urodzenia: 21 marca
→Grupa Krwi: 0Rh-→Umiejętności:Całkiem dobrze operuje bronią palną. Jest świetnym mówcą i negocjatorem.
→Historia: Tsu jako dziecko został wysłany przez ojca do internatu. Nie interesował się synem, uważał że pieniądze zrekompensnują mu utracone dzieciństwo. Ojciec Tsu choruje na dość rzadką chorobę śmiertelną, podobno Tsugaru odziedziczył ją po ojcu, ale on w to nie wierzy.Aparacja→Wzrost: 170 cm→Waga: 56 kg→Kolor Włosów: Ciemny brąz→Kolor Oczu: Szare→Znaki szczególne: Ma dwie dość duże blizny na plecach. →Grupa: Złoci→Steruje: AnastaseQ
niedziela, 11 stycznia 2015
Od Brigitty "Przebudzenie"
Treningi odbywałam jak codzień z moimi najlepszymi kumplami. Ja byłam szczególnie dobra w unieruchamianiu przeciwnika, gdy szło się na pojedynek ze mną, mimo mojego niskiego wzrostu potrafiłam szybko rozłożyć swojego przeciwnika na łopatki. Mieszkałam w miejscu gdzie często dochodziło do porwań i wiedziałam, że może trafić też i na mnie. Dlatego nasze treningi były dla mnie o wiele ważniejsze, niż szkoła. Jedyne co z tamtąd wyniosłam to ważne rady dotyczące opatrywania ran, pierwszej pomocy, czy skromnych, lecz możliwie przydatnych operacji.
W dniu porwania ćwiczyłam z grupą, mniejszą niż zazwyczaj - wiele z naszej grupy postawiło jednak na szkołę. I tego dnia może to było i dobrze. Ja nie miałam tyle szczęścia. A wystarczyło wyjechać na te cholerne studia!
Obudziłam się na środku polany, jednak na jej krańcach znajdowały się wielkie ściany, nie możliwe by się po nich wspiąć i wydostać. Jakiś donośny głos oznajmił iż cała grupa znajduje się w labiryncie. Następnie zaczął dyktować zasady. Niezbyt wsłuchiwałam się jednak w te słowa, gdyż dobrze znałam reguły tej "gry". Mimo, iż 'przygotowywałam' się do tego całe życie, nie mogłam w to uwierzyć. Ku*wa, NIE! Tylko nie ja! Wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo chodziło przez całe życie jedynie o dobrą zabawę i towarzystwo, oczywiście zagwarantowaliśmy sobie dobry trening przed czymś takim, ale...Nie, to nie jest pora na takie myśli!
Oczywiście szybko sprawdziłam jaki kolor dano mi na nadgarstek. W pierwszej sekundzie przeraziłam się i zaczęłam szukać w innych miejscach na ciele przepaski, ale chwilę później szybko obmacując swoje ręce, zdałam sobie sprawę, że mam na ręce przepaskę. PRZEZROCZYSTĄ. Oczywiście, od razu dostrzegłam w tym plusy - nie będę zbytnio rozpoznawalna. Znowu zaczęłam przez moment słuchać głosu, znałam reguły na pamięć, to były słowa końcowe. Szybko spojrzalam po innych, niektórych mocno zdezorientowanych, lecz niestety, każdy miał kolorową przepaskę na nadgarstku. Jestem więc sama, ale możliwe że w późniejszej części gry jeszcze kogoś do nas wpuszczą. Muszę poszukać sojuszników...
Od Leo
Tropiłem bestię już od kilku dni. Wreszcie dopadłem ją na skaju polany
tuż przy wodospadzie. Skały otaczały zieloną przestrzeń z trzech stron,
tworząc wąskie wejście u wylotu, którego stałem. Mocniej ścisnąłem w
ręku czarną Mirtis. Karabin snajperski Remington M24A2, już nie raz
uratował mi życie. Poza tym był jedyną pamiątką po ojcu, który zaginął w
górach jakiś czas temu. Stwór wyglądem przypominający wilka tylko
trzykrotnie większego z paszczą pełną dwóch rzędów ostrych kłów.
Spoglądał na mnie czerwonymi ślepiami wypełnionymi rozumnym
okrucieństwem. Zjeżył cienkie kolce jadowe pokrywające kark wyglądem
przypominające sierść. Wymierzyłem broń, celując między oczy. Z
odległości 600 metrów nie mogłem chybić. Chwila skupienia... Z gardzieli
bestii wydobył się złowrogi bulgot przechodzący w niskie warczenie.
Widziałem jak zwierz napiął mięśnie i pochylił sylwetkę nieco w przód
gotowy do skoku. Ułamek sekundy mierzyliśmy się wzrokiem i nagle....
Ciemność.... Zgasłem jak zdmuchnięta świeca.
Ocknąłem się, czując ból rozsadzający czaszkę i pulsujący w skroniach. Otworzyłem oczy, próbując wstać. Lewą ręką namacałem karabin. Z trudem skupiłem wzrok na najbliższym otoczeniu. Stałem w wysokiej soczyście zielonej trawie. Po bestii nie było ani śladu... Kilkaset metrów przede mną majaczył wysoki żywopłot. Dostrzegłem w nim szeroką na półtorej metra przerwę, pozwalającą wkroczyć w... Labirynt? Niebo zasnute było ciężką warstwą chmur. Zapowiadała się burza, należało poszukać schronienia. Cichy dźwięk zwrócił moją uwagę. Nie byłem sam. o prawej i lewej stronie dostrzegłem pojedyncze sylwetki młodych ludzi. Najbliżej mnie stała średniego wzrostu blondynka, przez ułamek sekundy nasze oczy spotkały się. Nagle w ciszy zabrzmiał czyjś głos. Charczące słowa dochodziły z głośników zawieszonych wysoko na kilku słupach:
"Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. W każdej grupie przypada po 10 osób. Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..!"
Zerknąłem na prawe przedramię, miałem opaskę w kolorze srebra. Nie dostrzegałem nigdzie wokół potencjalnych sojuszników. Ze złości zacisnąłem pięści. Gdzieś w tle rozpoczęło się odliczanie...
<Ktoś?>
Ocknąłem się, czując ból rozsadzający czaszkę i pulsujący w skroniach. Otworzyłem oczy, próbując wstać. Lewą ręką namacałem karabin. Z trudem skupiłem wzrok na najbliższym otoczeniu. Stałem w wysokiej soczyście zielonej trawie. Po bestii nie było ani śladu... Kilkaset metrów przede mną majaczył wysoki żywopłot. Dostrzegłem w nim szeroką na półtorej metra przerwę, pozwalającą wkroczyć w... Labirynt? Niebo zasnute było ciężką warstwą chmur. Zapowiadała się burza, należało poszukać schronienia. Cichy dźwięk zwrócił moją uwagę. Nie byłem sam. o prawej i lewej stronie dostrzegłem pojedyncze sylwetki młodych ludzi. Najbliżej mnie stała średniego wzrostu blondynka, przez ułamek sekundy nasze oczy spotkały się. Nagle w ciszy zabrzmiał czyjś głos. Charczące słowa dochodziły z głośników zawieszonych wysoko na kilku słupach:
"Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. W każdej grupie przypada po 10 osób. Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..!"
Zerknąłem na prawe przedramię, miałem opaskę w kolorze srebra. Nie dostrzegałem nigdzie wokół potencjalnych sojuszników. Ze złości zacisnąłem pięści. Gdzieś w tle rozpoczęło się odliczanie...
<Ktoś?>
Od Nytte
Otworzyłam oczy, czując się bardzo zmęczona. Powoli przyzwyczajałam się
do rażącego mnie światła, by po chwili wstać i rozejrzeć się po
otoczeniu. Nie byłam sama – obok mnie byli też inni ludzie, wstawiający z
ziemi. Przede mną znajdował się kamienny budynek z wieloma przejściami,
jedno było naprzeciw mnie. Nie to jednak zwróciło mą uwagę, a wielkość
pomieszczenia – nawet najwyższe wieżowce w miastach nie mogły się z nim
równać, a o szerokości lepiej nie mówić.
Odwróciłam głowę i spojrzałam na swoje ubranie – biały top i luźne, czarne spodnie, czyli prosty komplet, niezbyt pasujący do mojej urody. Jednak na lewym ramieniu zobaczyłam złotą, dość grubą przepaskę, a spoglądając na innych ludzi spostrzegłam, że niektórzy mają inne kolory.
Ostatnim wspomnieniem, jakim mogłam sobie przypomnieć, było to, że wyszłam z mieszkania i coś złapało mnie za rękę… tylko co? I jaki to miało związek z tym miejscem?
Moje zamyślenia przerwał męski głos, nadający z prawdopodobnie jakiegoś megafonu. Usłyszałam jeszcze kilka chrząknięć, gdy osoba ta przemówiła:
- Wyjaśnię wam zasady, panujące tutaj! – Brzmiał tak, jakby był z siebie zadowolony. – Uczestniczycie w grze, a na początek, chciałbym życzyć wam sukcesu! – Tutaj odchrząknął dwa razy.
- Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. W każdej grupie przypada po dziesięć osób. – tutaj przerwał na chwilę.
- Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą minimum dwie osoby danej barwy! – Miałam wrażenie, że rozmówca, którego nie widzę się uśmiecha.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Spośród całej przemowy zrozumiałam tylko, że moim zadaniem jest zabicie osób obok mnie, a ich zadaniem jest zabicie mnie. Nagle doszła do mnie jedna rzecz. Przypomniałam sobie słowa mężczyzny:
„Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi”
Mrucząc pod nosem powtarzałam sobie te wyrazy, próbując odgadnąć ich sens. Mój mózg zdawał się pracować wolniej niż zwykle.
„Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi”
Nie rozumiem. Zdecydowanie mówca pomylił się. Miał na myśli co innego. Przejęzyczył się.
„Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi”
On chce, żeby ludzie umierali jeszcze bardziej niż na co dzień. Chce rozlewu krwi, który będzie oglądał sobie z góry. Chce, żebym zginęła… Nie! Chce, żeby wszyscy zginęli.
- A teraz uwaga! – głos z megafonu znów się odezwał, tym razem poważniej. – Każdy z was pobiegnie do wejścia naprzeciw. Radziłbym to zrobić – zwłoka może okazać się zgubna – jednak pośpiech też. Na mój sygnał można ruszać… UWAGA… START!
Nawet nie parzyłam się, czy ktoś za mną ruszył. Nie miałam zamiaru ryzykować, więc prosto pobiegłam w stronę wąskiego przejścia. Gdy tylko znalazłam się wewnątrz, kątem oka zobaczyłam, że przejście zamyka się za mną. Nie zwalniałam jednak, nie patrzyłam się na otoczenie, skręcałam w losowe uliczki.
Gwałtownie zatrzymałam się. Trafiłam na ślepy zaułek. Dopiero teraz zauważyłam, że pada tu na mnie światło słoneczne. Biegnąc wiele razy skręcałam – czyżby… to był labirynt?
Nie, to mało prawdopodobne. Wątpię, żeby komukolwiek chciałoby się budować takiego giganta – i to z tyloma przejściami. Poza tym – głos z megafonu nic nie mówił o dotarciu do jakiegoś celu.
Powoli szłam uliczkami, nie działo się na razie nic strasznego, jednak nie mogłam pozbyć się uczucia niepokoju.
Szłam długim korytarzem, już z daleka zobaczyłam, że można skręcić w dwie drogi. Doszłam do rozstaju i zaczęłam zastanawiać się nad trasą. Wtedy z prawego przejścia wybiegła jakaś osoba.
<Ktokolwiek?>
Odwróciłam głowę i spojrzałam na swoje ubranie – biały top i luźne, czarne spodnie, czyli prosty komplet, niezbyt pasujący do mojej urody. Jednak na lewym ramieniu zobaczyłam złotą, dość grubą przepaskę, a spoglądając na innych ludzi spostrzegłam, że niektórzy mają inne kolory.
Ostatnim wspomnieniem, jakim mogłam sobie przypomnieć, było to, że wyszłam z mieszkania i coś złapało mnie za rękę… tylko co? I jaki to miało związek z tym miejscem?
Moje zamyślenia przerwał męski głos, nadający z prawdopodobnie jakiegoś megafonu. Usłyszałam jeszcze kilka chrząknięć, gdy osoba ta przemówiła:
- Wyjaśnię wam zasady, panujące tutaj! – Brzmiał tak, jakby był z siebie zadowolony. – Uczestniczycie w grze, a na początek, chciałbym życzyć wam sukcesu! – Tutaj odchrząknął dwa razy.
- Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. W każdej grupie przypada po dziesięć osób. – tutaj przerwał na chwilę.
- Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą minimum dwie osoby danej barwy! – Miałam wrażenie, że rozmówca, którego nie widzę się uśmiecha.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Spośród całej przemowy zrozumiałam tylko, że moim zadaniem jest zabicie osób obok mnie, a ich zadaniem jest zabicie mnie. Nagle doszła do mnie jedna rzecz. Przypomniałam sobie słowa mężczyzny:
„Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi”
Mrucząc pod nosem powtarzałam sobie te wyrazy, próbując odgadnąć ich sens. Mój mózg zdawał się pracować wolniej niż zwykle.
„Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi”
Nie rozumiem. Zdecydowanie mówca pomylił się. Miał na myśli co innego. Przejęzyczył się.
„Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi”
On chce, żeby ludzie umierali jeszcze bardziej niż na co dzień. Chce rozlewu krwi, który będzie oglądał sobie z góry. Chce, żebym zginęła… Nie! Chce, żeby wszyscy zginęli.
- A teraz uwaga! – głos z megafonu znów się odezwał, tym razem poważniej. – Każdy z was pobiegnie do wejścia naprzeciw. Radziłbym to zrobić – zwłoka może okazać się zgubna – jednak pośpiech też. Na mój sygnał można ruszać… UWAGA… START!
Nawet nie parzyłam się, czy ktoś za mną ruszył. Nie miałam zamiaru ryzykować, więc prosto pobiegłam w stronę wąskiego przejścia. Gdy tylko znalazłam się wewnątrz, kątem oka zobaczyłam, że przejście zamyka się za mną. Nie zwalniałam jednak, nie patrzyłam się na otoczenie, skręcałam w losowe uliczki.
Gwałtownie zatrzymałam się. Trafiłam na ślepy zaułek. Dopiero teraz zauważyłam, że pada tu na mnie światło słoneczne. Biegnąc wiele razy skręcałam – czyżby… to był labirynt?
Nie, to mało prawdopodobne. Wątpię, żeby komukolwiek chciałoby się budować takiego giganta – i to z tyloma przejściami. Poza tym – głos z megafonu nic nie mówił o dotarciu do jakiegoś celu.
Powoli szłam uliczkami, nie działo się na razie nic strasznego, jednak nie mogłam pozbyć się uczucia niepokoju.
Szłam długim korytarzem, już z daleka zobaczyłam, że można skręcić w dwie drogi. Doszłam do rozstaju i zaczęłam zastanawiać się nad trasą. Wtedy z prawego przejścia wybiegła jakaś osoba.
<Ktokolwiek?>
Nowe Złoto: Koki Okui!
Dane Podstawowe
→Imię: Koki →Nazwisko: Okui→Wiek: 21 lat
→Płeć: Mężczyzna→Orientacja: Biseksualny
→Data Urodzenia: 23 marca
→Grupa Krwi: 0Rh- →Umiejętności: Uwielbia wali wręcz. Praktycznie do walki są mu tylko potrzebne pięście. Nic więcej.
→Historia: Od małego wychowywany był przez obcego mężczyznę - szefa mafii. Uczono go jak kraść, oszukiwać, bić się. Polegał jedynie na swoim przyjacielu, który został postrzelony przez miejscowego strażnika. Od tamtej pory nie miał nikogo. Opuścił swój dom, wędrując przez świat bez celu. Kradł to co popadło, mieszkał w jakiś opuszczonych budynkach, gdy pewnego dnia, obudził się w nieznanym mu dotąd miejscu. Aparacja
→Wzrost: 179 cm →Waga: 62 kg→Kolor Włosów: Czarne →Kolor Oczu: Szare→Znaki szczególne: Blizna na lewym ramieniu →Grupa: Złoci →Steruje: Kita.
Nowe Złoto: Nytte Shumori
Dane Podstawowe
→Imię: Nytte
→Nazwisko: Shumori
→Wiek: 17 lat
→Płeć: Kobieta
→Orientacja: Heteroseksualna
→Data Urodzenia: 10 kwietnie 3038r
→Grupa Krwi: 0→Umiejętności: Jest bardzo dokładna i celna, a zarazem szybka. Ma podstawowe umiejętności w walce bronią białą. Umie dość dobrze gotować. Zna się trochę na medycynie. →Historia: Historia Nytte nie jest bardzo złożona. Była grzeczną dziewczyną, niesprawiającą problemów, starającą się jak najbardziej kształcić i pomagać swojej dużej rodzinie, którą bardzo kochała. Nauka szła jej dobrze, w dodatku dzięki bardziej wyuczonego od niej przyjaciela dowiadywała się rzeczy z poza podstawy. W jej historii nie zdarzyły się dotąd prawie żadne smutne rzeczy. Była wesołą osobą, która od życia oczekiwała tylko tego, że będzie trwało długo i spokojnie - co jak na te czasu i tak było trudne.
Aparacja→Nazwisko: Shumori
→Wiek: 17 lat
→Płeć: Kobieta
→Orientacja: Heteroseksualna
→Data Urodzenia: 10 kwietnie 3038r
→Grupa Krwi: 0→Umiejętności: Jest bardzo dokładna i celna, a zarazem szybka. Ma podstawowe umiejętności w walce bronią białą. Umie dość dobrze gotować. Zna się trochę na medycynie. →Historia: Historia Nytte nie jest bardzo złożona. Była grzeczną dziewczyną, niesprawiającą problemów, starającą się jak najbardziej kształcić i pomagać swojej dużej rodzinie, którą bardzo kochała. Nauka szła jej dobrze, w dodatku dzięki bardziej wyuczonego od niej przyjaciela dowiadywała się rzeczy z poza podstawy. W jej historii nie zdarzyły się dotąd prawie żadne smutne rzeczy. Była wesołą osobą, która od życia oczekiwała tylko tego, że będzie trwało długo i spokojnie - co jak na te czasu i tak było trudne.
→Wzrost: 167 cm
→Waga: 46 kg
→Kolor Włosów: Jasnobrązowe
→Kolor Oczu: Orzechowe
→Znaki szczególne: Charakterystyczne spojrzenie
→Grupa: Złoci
→Steruje: LeaSekai
Nowa Przezroczysta: Birgitta Petitrose!
Dane Podstawowe
→Imię: Birgitta
→Nazwisko: Petitrose
→Wiek: 20 lat
→Płeć: Kobieta
→Orientacja: Heteroseksualna
→Data Urodzenia: 24 października
→Grupa Krwi: A+
→Umiejętności: Potrafi celnie rzucać (nożami, kamieniami etc.) Dobra w walce wręcz, bez żadnych zahamowań w walce na śmierć i życie (potrafi nawet zagryźć) Zna się na podstawowym leczeniu (pierwsza pomoc, nieskomplikowane operacje itp.) →Historia: Rodzina zafundowała jej nauki lekarskie, lecz ona od małego ćwiczyła umiejętności z przyjaciółmi w niewiedzy rodziców. Podczas jednych takich ćwiczeń porwano ją i tak znalazła się w Labiryncie Śmierci. Aparacja
→Wzrost: Około 156 cm/
→Waga: 51 kg
→Kolor Włosów: Czarny (naturalnie praktycznie białe, jest albinoską)
→Kolor Oczu: Czerwony (cecha albinosów)
→Znaki szczególne: Rogi (zrobiła je, bu wzbudzić większy respekt)
→Grupa: Przezroszyści
→Steruje: Brighid
→Nazwisko: Petitrose
→Wiek: 20 lat
→Płeć: Kobieta
→Orientacja: Heteroseksualna
→Data Urodzenia: 24 października
→Grupa Krwi: A+
→Umiejętności: Potrafi celnie rzucać (nożami, kamieniami etc.) Dobra w walce wręcz, bez żadnych zahamowań w walce na śmierć i życie (potrafi nawet zagryźć) Zna się na podstawowym leczeniu (pierwsza pomoc, nieskomplikowane operacje itp.) →Historia: Rodzina zafundowała jej nauki lekarskie, lecz ona od małego ćwiczyła umiejętności z przyjaciółmi w niewiedzy rodziców. Podczas jednych takich ćwiczeń porwano ją i tak znalazła się w Labiryncie Śmierci. Aparacja
→Wzrost: Około 156 cm/
→Waga: 51 kg
→Kolor Włosów: Czarny (naturalnie praktycznie białe, jest albinoską)
→Kolor Oczu: Czerwony (cecha albinosów)
→Znaki szczególne: Rogi (zrobiła je, bu wzbudzić większy respekt)
→Grupa: Przezroszyści
→Steruje: Brighid
sobota, 10 stycznia 2015
Nowa Czerń - Shika Miyako!
Dane Podstawowe→Nazwisko: Miyako
→Wiek: 18 lat
→Płeć: Kobieta
→Orientacja: Heteroseksualna
→Data Urodzenia: 31 października
→Grupa Krwi: ABRh+
→Umiejętności: Dobrze czyta z gwiazd, dzięki nim może określić porę roku, godzinę oraz kierunki. Posługuje się również kataną. Ma także lekką przewagę na arenie - zaprzyjaźniła się z jednym z potworów o imieniu Gorgorn.
→Historia: Od razu po urodzeniu została oddana do domu dziecka, w którym "dobre" siostry opiekowały się dziećmi. Shika, nienawidziła tego domu oraz wszystkich dzieciaków i opiekunek. Zawsze była nieznośna - dużo krzyczała, wyzywała wszystkich do okoła, przeklinała i była symbolem buntu. Gdy miała 12 lat sierociniec został zamknięty, a dzieci rozlazły się po okrutnym świecie niczym karaluchy. Pewnego dnia wracając do swojego domu (była nim stara psia buda) natknęła się na dziwne, ogromne stworzenie o smoczy wyglądzie. Zaprzyjaźniła się z nim i nazwała pieszczotliwie Gorgorn. Często z nim rozmawiała, udając że go rozumie, a teraz ma skłonności do mówienia sama do siebie. Za wszelką cenę chciałaby odnaleźć rodziców.
Aparacja
→Wzrost: Około 160 centymetrów
→Waga: 44 kilogramy
→Kolor Włosów: Czarny
→Kolor Oczu: Czerwony
→Znaki szczególne: Brak małego palca u lewej ręki.
→Grupa: Czarni
→Steruje: MagicznaPL
(Spotkanie z Gorgornem)


Nowe Srebro: Leo da Vinci!

Dane Podstawowe
→Imię: Leo
→Nazwisko: da Vinci→Wiek: 20 lat→Płeć: Mężczyzna→Orientacja: Heteroseksualny
→Data Urodzenia: 29 sierpnia
→Grupa Krwi: ARh- →Umiejętności: Świetnie posługuje się swoim sztyletem, potrafi tropić i zastawiać pułapki.
→Historia: Wychowywał go ojciec z dala od ludzi. Mieszkali na skraju lasu, zajmując się polowaniem na rzadkie i niebezpieczne bestie. Aparacja
→Wzrost: 194 cm
→Waga: 78 kg
→Kolor Włosów: Blond
→Kolor Oczu: Niebieski
→Znaki szczególne: Tatuaże na lewym ramieniu i części pleców. →Grupa: Srebrni →Steruje: greenmir
piątek, 9 stycznia 2015
Nowa Biel - Aya Kuarda!
Dane Podstawowe
→Imię: Aya
→Nazwisko: Kuarda→Wiek: 17 lat
→Płeć: Kobieta
→Orientacja: Heteroseksualistka
→Data Urodzenia: 1 grudzień
→Grupa Krwi: 0Rh- →Umiejętności: Strzela z łuku, jednak do perfekcji to jej brakuje.
→Historia: Jej rodzice zmarli na nieuleczalną chorobę. Obecnie zamieszkuje małe mieszkanie wraz ze swoją młodszą o rok siostrą. Pracuje w sklepie spożywczym i często zostaje tam na zmiany. Aparacja
→Wzrost: 176,4 cm
→Waga: 47,6 kg
→Kolor Włosów: Blond
→Kolor Oczu: Niebieskie
→Znaki szczególne: Brak →Grupa: Biali →Steruje: Kita.
→Nazwisko: Kuarda→Wiek: 17 lat
→Płeć: Kobieta
→Orientacja: Heteroseksualistka
→Data Urodzenia: 1 grudzień
→Grupa Krwi: 0Rh- →Umiejętności: Strzela z łuku, jednak do perfekcji to jej brakuje.
→Historia: Jej rodzice zmarli na nieuleczalną chorobę. Obecnie zamieszkuje małe mieszkanie wraz ze swoją młodszą o rok siostrą. Pracuje w sklepie spożywczym i często zostaje tam na zmiany. Aparacja
→Wzrost: 176,4 cm
→Waga: 47,6 kg
→Kolor Włosów: Blond
→Kolor Oczu: Niebieskie
→Znaki szczególne: Brak →Grupa: Biali →Steruje: Kita.

Subskrybuj:
Posty (Atom)

