sobota, 7 lutego 2015

Od Shiki CD Vanitas'a

- Vanitas! - krzyknęłam, czując dziwne uczucie zmartwienia.
Ten chłopak mimo iż go zostawiłam, począł mnie szukać. Spojrzałam w stronę ogromnej żaby, która skierowała swoje potworne w jego ciało. Ciche warczenie obiegło moje ciało od tyłu i odwróciłam się. Rysy szkieletowego smokopodobnego stworzenia, odbijały się w niewyraźnym świetle pobliskiej latarni. Odsunęłam się od niego, a Gorgorn, zniżył głowę i zaryczał niskim tonem. Rohan kilkoma susami znalazł się przed nim i wysunął swój podwójny język, uderzając nim w bok Gorgorna. Zmutowane zwierzę wydało z siebie pomruk niezadowolenia i strachu, jego źrenice się powiększyły. Smokopodobny stwór zrobił wymach swoim ogonem i uderzył śliskie ciało Rohana, odrywając od siebie jego paskudnie obślinione języki. Zamknęłam oczy i usłyszałam tylko głośny warkot i potężny plusk wody. Złapałam się pnia drzewa i wbiłam w jego korę paznokcie. Woda, która wyleciała z sadzawki kilkanaście metrów przede mną cała mnie zmoczyła.
- Shika - rozległ się dosyć potężny głos Gorgorna.
Jako jeden z niewielu stworów zmutowanych umiał posługiwać się dosyć bogatym słownictwem, jednak nie mimo tego nawet nie dorównywał chowańcowi ukrywającemu się w mieście - Incognitowi. Nikt dokładnie nie wie jak wygląda ten "Król". Niektórzy widzieli ogromny cień jaszczurki, inni nietoperza bądź pająka. Incognito pożera swój łup w całości, potrafi przejąć kogoś struny głosowe i posługiwać się nimi. To właśnie dlatego miejski labirynt jest taki straszny, można szybko popaść w obłęd słysząc głosy swoich przyjaciół lub rodzinę. Jakie szczęście, że ja nie mam rodziny...
- Shika, czy ludzkie dziecię chciało cię zabić? - wskazał głową w stronę nieprzytomnego Vanitas'a.
- To przyjaciel - odpowiedział i złapałam się jego wystających kolców na tylnej nodze.
- Ludzie nie mogą być przyjaciółmi - wyszeptał ostrym tonem i zawrócił.
- Bez niego nigdzie nie idę - syknęłam i zeskoczyłam z grzbietu chowańca.- Nie ważne co sobie o nim myślisz, gdyby nie on Rohan by mnie połknął!
Gorgorn wydał z siebie cichy pomruk i po chwilowym zastanawianiu się, ruszył w stronę rzeki. Złapałam się mocno jego kolców i razem przebrnęliśmy przez głęboką rzekę. Gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie szybko zeskoczyłam z ciała chowańca i przybliżyłam się do Vanitas'a. Wyglądał jakby spał, jego twarz pokrył strumień krwi wydobywający się z przeciętego policzka. Na kamieniu schła dość duża plama krwi. Uklękłam przed nim, i położyłam głowę na jego klatce piersiowej, chcąc sprawdzić czy jeszcze żyje. Usłyszałam bicie jego serca, poczułam się o niebo lepiej. Odcięłam rękaw mojej czarnej bluzki i związałam mu ją wokół głowy, by powstrzymać krwawienie. 
- Musisz oczyścić jego ranę na policzku, inaczej wedrze się zakażenie - usłyszałam niski pomruk Gorgorna. 
Przytaknęłam cicho i delikatnym ruchem przemyłam mokrą chusteczką jego twarz. Najtrudniejszym zadaniem będzie przetransportowanie ciała mojego przyjaciela w stronę stwora. Po licznych nieudanych próbach położyłam go na osłoniętym kolcami grzebiecie i usiadłam przy nim. Gorgorn ruszył powoli, by nie zrobić większej szkody Vanitas'owi, a do moich oczu napłynęły łzy. 
Po co ten debil mnie szukał, przez jego śmierć miałabym poczucie winy...
***
Gorgorn znalazł niewielką grotę w lesie, uformowaną przez okrągłe kamienie, które pokrywał zielonkawy mech. Podczas gdy ja zobowiązałam się do poszukiwań jakichkolwiek bandaży lub plastrów oraz jakiegoś ubrania, Gorgorn obserwował chłopaka i w razie czego (choć niechętnie i z mozołem) udzieliłby mu jakiejś pomocy o ile oczywiście owa pomoc miała polegać na zabiciu niebezpiecznego mutanta. Nie wiem ile trwały moje poszukiwania, ale udało mi się znaleźć przy dużą bluzę z kapturem koloru szarego, puszkę z zupą pomidorową, dwa bandaże i trzy tabletki przeciwbólowe. Ubranie uratowało mnie przed zamarznięciem, do naszej kryjówki wróciłam o piątej rano. Byłam zziębnięta i głodna, chciało mi się, a moje nogi odmawiały jakiegokolwiek posłuszeństwa. Z trudem zmieniłam bandaż Vanitas'owi, pokaleczone place, szczypały przy każdym zgięciu. W grocie było zimno nie mogłam rozpalić ogniska, ponieważ zaczął padać deszcz i całe drewno jakie bym znalazła byłoby przemoczone do suchej nitki. Dotknęłam rąk chłopaka by sprawdzić czy jest mu ciepło, w sumie nie zdziwiłam się, że jego palce są zimne. Jedyne co pozostawało mi zrobić to starać się ogrzać nasze ciała. Położyłam się obok niego, oplatając jego ciało swoimi rękami i wtulając głowę w jego bok. Miałam cichą nadzieję, że gdy rano się obudzę obydwoje będziemy żyli.
<Vanitas? ;3>

piątek, 23 stycznia 2015

UWAGA!

Blog zostaje zawieszony do 1 lutego włącznie! Niestety, ale wyjeżdżam na ferie i nie będę miała jak wstawiać waszych opowiadań na bloga. Mam nadzieję, że w tym czasie Wy również wypoczniecie i wrócicie na bloga jak nowo narodzeni ^^
Jeszcze raz przepraszam za niedogodności i do zobaczenia za ok. tydzień!

Od Leo Cd Birgitty

Ułamałem niewielką gałązkę uwierającą mnie w plecy.
- Już ci mówiłem, nie zamierzam dać wciągnąć się w tą idiotyczną grę i zabijać dla czyjegoś kaprysu. Jeśli ktoś dołączy, z mojej strony nie musisz się niczego obawiać. Oczywiście nie ręczę za innych. - uniosłem głowę, spoglądając w gwiazdy z trudem przedzierające się przez gęstą koronę drzewa.
- A co, jeśli zostaniemy zaatakowani przez innych uczestników? - widać temat ją dręczył.
Przechyliłem ciało w bok, by lepiej widzieć dziewczynę na grubej gałęzi nieco wyżej.
- Zastanawiasz się czy stanę w twojej obronie? Każdy z porwanych chce przeżyć i zapewne wielu zdradzi nawet członków własnej grupy, by dotrwać do końca. Mogę ci jedynie obiecać, że pomogę sprzątnąć ewentualne zagrożenie ze strony innych. Jeśli, jednak ktoś za twoja namową lub ty sama postanowisz mnie zabić, to jako pierwsza przeniesiesz się na lepszy świat. Mam nadzieję, że z twojej strony również mogę liczyć na to samo. - przymknąłem oczy, nasłuchując nocnej ciszy.
Nie wiem, kiedy zasnąłem, nie usłyszawszy odpowiedzi sąsiadki z wyższej gałęzi. Obudziłem się, gdy niebo pojaśniało lekko na wschodzie. Coś było nie tak. Dziwny niepokój zagościł w umyśle jak cień czający się na granicy pola widzenia. Gdzieś blisko gałązka złamała się z cichym trzaskiem pod nieuważną stopą lub łapą. Przeszukałem wzrokiem najbliższą okolicę drzewa na tyle, na ile pozwalały gęsto rosnące liście. Niestety nie zdołałem wypatrzeć tajemniczego intruza. Czułem jedynie, że czai się gdzieś w pobliżu. Powoli rozwiązałem linę wokół tułowia i nóg, pozostawiając przywiązane do pnia plecak z Mirtis i kilkoma niezbędnymi drobiazgami. Ostrożnie uchwyciłem gruby konar nad głową i podciągnąłem się ostrożnie. Zdołałem bezszelestnie przejść na sąsiednią gałąź odchodzącą od pnia zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od tej, na której spała Birgitta. Zasłoniłem dziewczynie usta i instynktownie złapać smukły nadgarstek dzierżący sztylet z ostrzem wymierzonym w moje gardło. Brunetkę również musiał zbudzić tajemniczy szmer. Otworzyła oczy, przeszywając mnie wściekłym spojrzeniem. Ruchem głowy wskazałem wysoką trawę, w której węszył rdzawoszary kotowaty budową ciała przypominający pumę z okazałymi kłami sterczącymi z paszczy jak u tygrysa szablozębnego. Pchlarz najwidoczniej zwęszył nasz trop i zamierzał urządzić sobie śniadanie o świcie. Dziewczyna ruchem oczu dała znać, iż rozumie i powinienem ją puścić. Spodziewałem się w późniejszym terminie nie lada kłótni z powodu nietypowej pobudki. Tak na ogół zachowywały się nastolatki i kobiety, kiedy mijał stres, a mogły przecież od czasu do czasu choć podziękować. Niestety miałem zbyt małe doświadczenie w obchodzeniu się z płcią piękną, więc postanowiłem zachować ostrożność i powrócić na swoją gałąź. Obserwowałem uważnie drapieżnika buszującego w zieleni na dole. Mógłbym go z łatwością ustrzelić, niestety pomimo tłumika ktoś w pobliżu mógł nas usłyszeć.

<Birgitto?>

środa, 21 stycznia 2015

Od Devin'a CD Ayi

- Żyjesz? - spytałem - Nic ci nie jest?
Dziewczyna była trochę zdenerwowana, a może i nawet przestraszona. Pokiwała głową w odpowiedzi na moje pytanie.
- Devin - przedstawiłem się
- Aya - 
Było mi głupio, głównie dlatego, że zapadła cisza. Z jednej strony to dobrze, bo jako jedyni z grupy białych, mieliśmy większą szanse na ucieczkę, ale z drugiej strony... tak dziwne i nienaturalne coś nie mogło się między nami pojawiać, jeśli nie chcieliśmy się pozabijać. Z tego co mówił ten głos, mogliśmy razem wygrać.
- Chyba... jesteśmy na siebie skazani - spróbowałem się uśmiechnąć, co w moim wykonaniu mogło wyglądać strasznie
Nienawidzę się uśmiechać. W ogóle nie lubię okazywać jakichkolwiek uczuć. Szczególnie tych negatywnych.
- Chyba tak - pokiwała głową
I ta przemiła rozmowa na tym stanęła. Dałem sobie spokój. Jeśli nie chce rozmawiać, nie musi. Po części ją rozumiałem. Widać było, że jest zdezorientowana, zupełnie tak jak ja. Dlatego darowałem sobie wypytywanie ją o cel naszego "przybycia" do tajemniczego labiryntu. Minuty mijały, a my dalej staliśmy w tym samym miejscu. Była to jednocześnie najgłupsza i najmądrzejsza rzecz jaką mogliśmy zrobić. Rozejrzałem się. Ani żywej duszy, nie wliczając tych, które mogły czaić się za zakrętem. Aya zaczęła się rozluźniać. Najwidoczniej pierwszy szok zaczął już mijać. Nagle usłyszałem czyjeś kroki. Nasze badziewne buty najwidoczniej nie miały za zadanie nas chronić, tylko podawać nas sobie jak na tacy. Sukinkoty, żeby nie użyć brzydszych słów.
- Musimy stąd iść. Ktoś się zbliża - powiedziałem
- Jest nas dwoje, damy sobie z nim radę - Aya wzruszyła ramionami
Nie chciałem pokazywać, że zabijanie nie leży w mojej naturze. Kurde, ja się denerwuję jak zabiję mrówkę, a co dopiero mowa o żywym, w pełni sprawnym człowieku? Nadal mam wyrzuty sumienia, że skazałem tego chłopaka na śmierć przestrzeliwując mu udo. Przecież z przebitą nogą nie da się uciekać i walczyć! To oczywiste, że leżał tam już martwy.
Pokiwałem głową niezbyt przekonany. Napiąłem mój wielce majestatyczny łuk, ale nie zamierzałem go użyć do zabicia wroga. Najwyżej go spowolnię i zabiorę nas stąd.
< Aya? ._.>

sobota, 17 stycznia 2015

Odchodzi Czerń: Haru Umari

https://encrypted-tbn1.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcR2tyV6B2oOIC1JaBKSDNykxMbDy7JgMxnYIZDxK-dTRk8EYFEc
Haru Umari - 19 lat - Barwa: Czarni
 
POWÓD: Nie pisanie opowiadań.

Od Ayi CD Devin'a

Idealny czas na ruszenie się z domu. Niestety większość ze spraw, jakie były do załatwienia w ciągu dnia, będzie musiała przełożyć na jutro. Obecnie mogła co najwyżej zaspokoić domagający się od rana żołądek. Taki miała też zamiar. Zamknąwszy drzwi na klucz, zbiegła po schodach z ostatniego piętra. W międzyczasie dało się słyszeć wiązanki niewybrednych wyzwisk i towarzyszący temu trzask tłuczonego szkła. Po tym, jak to było w zwyczaju, odezwał się kobiecy krzyk, by przerodzić jednostronne obelgi w zaciekłą kłótnię. Sąsiedzi spod czwórki, huh. Cóż, dzień jak co dzień. Wzruszyła ramionami, bowiem interwencje i tak na nic się zdawały. Można powiedzieć, że kończyły się nawet większą liczbą poszkodowanych. Dobrze pamiętała, gdy pewnego razu sama skończyła z podbitym okiem. Nie licząc już niezwykłych ilości krwi, sączących się wtedy z nosa i rozciętej wargi. Od tamtego czasu wolała się nie wtrącać. Tak samo reszta mieszkańców... Zresztą. Pchnęła drzwi przy wyjściu z klatki i od razu skierowała swoje kroki w stronę najbliższego całodobowego straganu. Będącego właściwie jedynym takim, funkcjonującym dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dobrze, że przynajmniej nie znajdował się na drugim końcu miasta. Sama myśl o takiej ewentualności, wyrwała z ust dziewczyny zirytowane prychnięcie. - Wtedy pewnie umarłabym z głodu... - Wyrzekła gdzieś w przestrzeń, wpatrzona w czerń nocnego nieba. W czasie niespiesznego marszu, coraz bardziej poczęła odczuwać, że jej obecność jedynie zakłóca tę wręcz nieskazitelną ciszę. Nawet cichy huk zdawał się tu bardziej na miejscu. Czekaj... Jaki znów huk? Rozejrzała się, jednak po obu stronach drogi nie dało się dostrzec ani jednego żywego ducha. Wtem wzrok jasnowłosej przyciągnęła wąska uliczka pomiędzy dwoma starymi, kamiennymi budynkami. Nie. Nie, nie, nie. Nawet się nie waż. Ale nogi jakby same powiodły ją w tamtym kierunku. Wrodzona ciekawość nie dałaby jej przejść obojętnie, toteż już po chwili stała skryta w cieniu kamienicy, odcięta od światła ulicznych latarni. Nawet gdy oczy w miarę przywykły do ciemności, wciąż ciężko było cokolwiek dostrzec. Ledwie zauważalne kontury jakichś nieokreślonych obiektów i ta para czerwonych ślepi, która jako jedyna była aż nazbyt wyraźna...
***
- M-Moja głowa.. - jęknęła cicho, masując obolały kark. Nim zdołała się rozejrzeć i cokolwiek sobie przypomnieć, usłyszała donośny głos, starszego mężczyzny.
-  Jak wszyscy tu obecni wiedzą, że mamy rok 3045. Ludzkości żyje się coraz trudniej. Brak pożywienia, miejsc zamieszkania. Epidemie się szerzą, a z życiem coraz większy kłopot. - głos mówiącego przeniósł się na bardziej szorstki i niższy - Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie ... Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..! - słysząc podkreślenie jednego z ostatnich słów, Aya zacisnęła palce w pięści, wbijając przy tym paznokcie w skórę. Nie chciała reagować w tak emocjonalny sposób lecz w jednej chwili poczuła się jak mokra szmata, którą z całym impetem szorowano właśnie ubłoconą podłogę. Nim się spostrzegła, wszyscy biegli jak opętani w kierunku masywnych drzwi, więc co jej pozostało? Dziewczyna pobiegła jak pozostali, nie oglądając się za siebie...
***
To już chyba kolejna godzina błąkania się po tym labiryncie bez najmniejszego celu. Siedemnastolatka starała się zachować zimną krew i poruszać się jak najciszej. W końcu, kiedyś ten spokój musiał zostać przerwany. Słysząc za plecami jakieś chichoty i ciche szepty, przyspieszyła kroku. Co chwilę spoglądała się za siebie, badając obcy teren. Jeszcze się jej nie śpieszyło na drugą stronę, więc o czujność trzeba zadbać. No właśnie, a propos czujności.. - B-Boli. - mruknęła pod nosem, orientując się po chwili, że leży na ziemi. Wzrokiem zaczęła badać twarz ciemnowłosego, starając się bardziej wtulić w ziemię. Widząc jednak kolor biały na jego ramieniu, uspokoiła się. Podniosła się z zamokniętego chodnika, z całej siły wzbraniając się przed drżeniem całego ciała. Aya wyróżniała się nienagannym wyglądem. Jej jasne, aksamitne włosy podkreślały bladą, delikatną skórę twarzy. Błękit oczu wybijał się spod gęstej grzywki, a kolczyki świeciły od blado świecącego jeszcze słońca.
- D-Dzień dobry.. - powiedziała cicho, korzystając z pomocy chłopaka.

<Devin? Jest supcio XD >

Od Devin'a

Jesień, roku 3045.
Jedyne, co pamiętam to przerażająco mocny ból, hamujący wszystkie moje zmysły. Nie czułem nic prócz niego. A potem nastała już tylko ciemność.
Obudziłem się na dziwnej kamiennej podłodze, dawno już zniszczonej przez czas. Nieopodal mnie stało wielu podobnych do mnie, zagubionych i przestraszonych dzieciaków w kombinezonach w różnych kolorach. Spojrzałem na siebie. Miałem biały kombinezon i przepaskę w tym samym kolorze. Znów zilustrowałem wzrokiem wszystkich obecnych. Tylko jedna osoba miała taki sam. Już miałem do niej iść, jak debil sądząc, ze może coś wiedzieć, lecz coś innego przykuło moja uwage. I to nie tylko moja. Każdy dzieciak zaczął się rozglądać, gdy czyjś przerażająco głośny głos rozległ się po całym korytarzu.
- Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..!
Cel tej gry był aż zbyt oczywisty. Mieliśmy się po prostu pozabijać. Co to ma być, Igrzyska Śmierci? Po twarzy każdego z obecnych przebieg cień. Większość była przerażona, ale dało się dostrzec kilka usatysfakcjonowanych spojrzen i uśmiechów. Jak można cieszyć się, ze będzie można kogos zabić?
- Zaczynacie za trzy...
Spojrzałem w stronę dziewczyny w białym kombinezonie. Sojusznicy...? O nie...
- Dwa
Najspokojniej jak się dało poszedłem w jej kierunku. Nie wiem czy była przestraszona, czy nie ponieważ stała tyłem.
- Jeden. Wejdzie do labiryntu. Milej zabawy...
O ironio. A żebyś wiedział sukinkocie, ze bede się dobrze bawił.
Gdy tylko zabrzmiał dźwięk podobny do szkolnego dzwonka, wszystcy zaczęli wbiegac do labiryntu. Dziewczyna także. Cholerkie. Dlaczego życie musi byc takie skomplikowane? Tak więc i ja skierowałem się do wejścia labiryntu, jednak szedłem spokojnym i opanowanym krokiem. Najwazniejsze, to zachować spokój i trzeźwość umysłu. Skoro inni nie potrafią tego robić, będą padać jak muchy.
Ale jak mamy się mordowac? Gołymin rekoma? Dusić? Wyrywać cegły z muru i rozważać sobie nimi glowy?
Odpowiedź przyszła szybciej niż sie spodziewałem. Tuż przede mną spadło białe zawiniatko. Wziąłem je i zacząłem odwijac papier. W środku był piękny, duzy i matematycznie wyglądający łuk i piec strzał. To za mało. Ale dzięki.
Napiąłem cieciwę. Nada się. Przede mną przebiegł chłopak z małym sztylecikiem w ręku. Cofnął się jednak i spojrzał na mnie. Na jego twarzy zawitał uśmiech. Nie chciałem go zabijać. Napiąlem cieciwe i strzeliłem mu w udo, aby go unieruchomic i zacząłem uciekać. Przebiegłem obok kilku filarów i zakręcilem kilka razy. Oczywiste było, ze w koncu na kogoś wpadnę.
Zbierając się z kamiennej podłogi spojrzałem na osobę z która się zderzyłem.
Biała dziewczyna.
- Cześć - powiedzialem tonem wypranym z jakichkolwiek uczuć co było dla mnie normą. Nigdy nie okazywalem emocji.
Podałem dziewczynie rękę aby pomóc jej wstać.
< Aya? Wybacz że króciutko C: >