Obudziłem się wraz z nadejściem zmierzchu. Pomyślałem, że to idealna pora za ruszenie dalej, bowiem w nocy raczej niewiele osób z innych grup odważy się stawić czoła śmiertelnej dżungli bądź niezbadanym jaskiniom. Wyprostowałem zesztywniałe od spania na siedząco kończyny i podnosząc się leniwie, przeczesałem włosy ręką. Rozejrzałem się dookoła, zastając wszystko w nienaruszonym stanie. Brakowało tylko jednego: mojej towarzyszki! Kiedy uświadomiłem sobie, że zniknęła, że może być gdzieś na zewnątrz całkiem sama aż zamarłem z przerażenia. Tutaj miałem jedynie ją, nie mogłem jej stracić już drugiego dnia, to byłoby co najmniej głupie. To właśnie był moment, kiedy odzywały się we mnie śladowe ilości ludzkiego usposobienia. Na podłodze zauważyłem sztylet, ale drugiego noża brakowało. Skoro go nie zabrała z pewnością musiała mnie zostawić samego. A może coś ją porwało? Wszystkiego się trzeba było domyślać, normalnie jeszcze trochę a przekształce się w detektywa! Miałem do wyboru iść samotnie lub wyruszyć na poszukiwanie Shiki. Prawie wszystko przemawiało przeze mnie, aby olać tę dziewczynę i ratować samego siebie. Z drugiej strony jednak bez pomocnika nie miałem zbytnich szans w obliczu większego zagrożenia jak np. inni "gracze". Będąc jeszcze dosyć pożądnie zamyślonym, niechętnie przekroczyłem próg domku. Niebo mieniło się barwami ostrej pomarańczy przechodzącej w siną purpurę, a zachodzące słońce mocno raziło w oczy. Nagle nieznany, leżący w trawie przedmiot zwrócił mą uwagę. Bijące nań promienie zdradziło pozycję ostrza. Podniosłem je czym prędzej i niemal natychmiast rozpoznałem swoją własność. Teraz byłem prawie pewien, że coś porwało małego diabełka.
- Oh, my... świetnie się zapowiada. - westchnąłem, szykując się do długich poszukiwań.
Miałem w zamiarze przeszukać całą okolicę. Wiedziałem, że nie spocznę dopóki nie znajdę Shiki.
""Gdybym tylko wiedział, że zostawiła mnie na pewną śmierć ze względu na Gorgorna, nigdy w życiu nawet nie pomyślałbym o tym, aby ją ratować w jakikolwiek sposób...""
***
Było już grubo po północy, a mnie wciąż nie udało się jej znaleźć. Próbowałem już wszystkiego: wołałem, wrzeszczałem, zaglądałem w każdą szczelinę. Wszystko na nic...
Shiki przepadła jak kamień w wodę. Mimo, że mało mnie obchodziło kim jest ten cały potwór o którym opowiadała mi dziewczyna, to wciąż jakaś część mnie pragnęła zaspokoić swą ciekawość. Nawet nie wiem, kiedy przyśpieszyłem kroku, starając się robić jak najmniej hałasu. Czas był dla mnie kluczową rzeczą: wiedziałem, że im dłużej zwlekam z poszukiwaniami tym większe prawdopodobienstwo tego, że diabełka po prostu coś pożarło. Myśl o tym sprawiała, że mój kark przelatywał obcy jak do tej pory, silny dreszcz. Zapewne było to spowodowane strachem o zostanie samemu w tym Labiryncie. Tak bardzo tego nie chciałem! Rzadko kiedy coś wywoływało u mnie większe emocje, nie poznawałem sam siebie. Co się ze mną dzieje do cholery ?! Drżącymi od zimna rękoma naładowałem pistolet.
Śmierć była tak naprawde jedyną rzeczą, której się bałem.
Nieznośne pragnienie doprowadziło mnie wprost nad jeziora i sadzawki: mówiąc prościej znalazłem się na bagnach. Wsadziłem łeb do pierwszego lepszego źródła wody, skutecznie ugaszając suchość w gardle. Na me oblicze wstąpiła nieopisana ulga, od razu nabrałem nowych sił. Nagle coś zatrzeszczało w krzakach idealnie za moimi plecami. Odwróciłem się, by po chwili dostrzec olbrzymiego płaza o dwóch językach, z oczami skierowanymi prosto na mnie. Dźwięk jaki wydawał z siebie ogromny potwór nawet w najmniejszym stopniu nie przypominał kumkania, lecz piekelny jazgot samego szatana. Dlaczego ja zawsze musiałem mieć takiego pecha? W tej sytuacji żelastwo jakim dysponowałem mogło służyć najwyżej za wykałaczkę dla Rohana. Bez większego namysłu wskoczyłem do jednej z sadzawek, starając się nie poruszać. Olbrzym mącił wodę swoimi dwoma, potężnymi językami. Miał świadomość tego, że kiedyś będę musiał się wynurzyć. Przeklnąłem w myślach. A więc tak zginę?
Niespodziewanie potwór zaprzestał dalszego poszukiwania, po czym odszedł. Odczekałem jeszcze dziesięć sekund, a następnie wynurzyłem się z namysłem nabrania świeżego powietrza. Dostrzegłem, że uwagę wielkiego żabola zwróciła sylwetka małej dziewczynki, zanurzonej całkowicie w wodzie, która krzyknęła w przerażenia. Niemal natychmiast rozpoznałem tę bladą twarzyczkę, pędem wybiegłem ze swej kryjówki. Zamachnąłem się i z całej siły wytrzeliłem nóż w kierunku głowy. Chciałem jakoś odwlec płaza od swojej odnalezionej towarzyszki. Spojrzałem prosto w oczy żabola, a ten stanął nieruchomo jak sparaliżowany wzrokiem bazyliszka. Nim chowaniec zdążył się zorientować, podbiegłem do niego z prędkością pocisku, przecinając brzuch i prawą nogę, ale ze względu na grubą warstwę śluzu oblegającą ciało potwora, nie zdołałem wbić się na tyl głęboko aby uniemożliwić szkaradzie poruszanie się.
- Uciekaj! Teraz! - krzyknąłem skupiając się całkowicie na przeciwniku.
Najdziwniejszym było, że nie odczuwałem choćby nutki strachu z powodu potwora. To właśnie lęk przed pokonywaniem Labiryntu Śmierci pozwolił mi dojść aż tutaj, nie zważając na to co może się stać. Shiki korzystając z okazji, z trudnością wygramoliła się z pułapki. Odetchnąłem z ulgą, ale zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, obok dziewczyny jakby z nikąd pojawiło się większe od Rohana, stworzenie przypominające naszpikowanego kolcami, żelaznego smoka. Potwór ryknął przeraźliwie, wprawiając ziemię w lekkie drgania. Zanim zdążyłem otworzyć usta ze zdziwienia, potężne uderzenie żabola zwaliło mnie z nóg. Pamiętam tylko, że przywaliłem głową w skałę. A potem zapadła ciemność...
<Shiki? Uratujesz mnie czy umarłem? xd>