Jesień, roku 3045.
Jedyne, co pamiętam to przerażająco mocny ból, hamujący wszystkie moje zmysły. Nie czułem nic prócz niego. A potem nastała już tylko ciemność.
Obudziłem się na dziwnej kamiennej podłodze, dawno już zniszczonej przez czas. Nieopodal mnie stało wielu podobnych do mnie, zagubionych i przestraszonych dzieciaków w kombinezonach w różnych kolorach. Spojrzałem na siebie. Miałem biały kombinezon i przepaskę w tym samym kolorze. Znów zilustrowałem wzrokiem wszystkich obecnych. Tylko jedna osoba miała taki sam. Już miałem do niej iść, jak debil sądząc, ze może coś wiedzieć, lecz coś innego przykuło moja uwage. I to nie tylko moja. Każdy dzieciak zaczął się rozglądać, gdy czyjś przerażająco głośny głos rozległ się po całym korytarzu.
- Każdy z was należy do jednej z pięciu grup. Przepaski znajdujące się na waszych ramionach, określają wasz wariant do którego należycie. Uczestnicy z danym kolorem są dla siebie sojusznikami, a reszta - wrogami. Zawody te mają na celu wyeliminowanie jak największej ilości ludzi. Przetrwać mogą MINIMUM dwie osoby danej barwy..!
Cel tej gry był aż zbyt oczywisty. Mieliśmy się po prostu pozabijać. Co to ma być, Igrzyska Śmierci? Po twarzy każdego z obecnych przebieg cień. Większość była przerażona, ale dało się dostrzec kilka usatysfakcjonowanych spojrzen i uśmiechów. Jak można cieszyć się, ze będzie można kogos zabić?
- Zaczynacie za trzy...
Spojrzałem w stronę dziewczyny w białym kombinezonie. Sojusznicy...? O nie...
- Dwa
Najspokojniej jak się dało poszedłem w jej kierunku. Nie wiem czy była przestraszona, czy nie ponieważ stała tyłem.
- Jeden. Wejdzie do labiryntu. Milej zabawy...
O ironio. A żebyś wiedział sukinkocie, ze bede się dobrze bawił.
Gdy tylko zabrzmiał dźwięk podobny do szkolnego dzwonka, wszystcy zaczęli wbiegac do labiryntu. Dziewczyna także. Cholerkie. Dlaczego życie musi byc takie skomplikowane? Tak więc i ja skierowałem się do wejścia labiryntu, jednak szedłem spokojnym i opanowanym krokiem. Najwazniejsze, to zachować spokój i trzeźwość umysłu. Skoro inni nie potrafią tego robić, będą padać jak muchy.
Ale jak mamy się mordowac? Gołymin rekoma? Dusić? Wyrywać cegły z muru i rozważać sobie nimi glowy?
Odpowiedź przyszła szybciej niż sie spodziewałem. Tuż przede mną spadło białe zawiniatko. Wziąłem je i zacząłem odwijac papier. W środku był piękny, duzy i matematycznie wyglądający łuk i piec strzał. To za mało. Ale dzięki.
Napiąłem cieciwę. Nada się. Przede mną przebiegł chłopak z małym sztylecikiem w ręku. Cofnął się jednak i spojrzał na mnie. Na jego twarzy zawitał uśmiech. Nie chciałem go zabijać. Napiąlem cieciwe i strzeliłem mu w udo, aby go unieruchomic i zacząłem uciekać. Przebiegłem obok kilku filarów i zakręcilem kilka razy. Oczywiste było, ze w koncu na kogoś wpadnę.
Zbierając się z kamiennej podłogi spojrzałem na osobę z która się zderzyłem.
Biała dziewczyna.
- Cześć - powiedzialem tonem wypranym z jakichkolwiek uczuć co było dla mnie normą. Nigdy nie okazywalem emocji.
Podałem dziewczynie rękę aby pomóc jej wstać.
< Aya? Wybacz że króciutko C: >